Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji  
”Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie...” - ksiądz Stanisław Małkowski, przyjaciel Błogosławionego Księdza Jerzego nie jest odosobniony w śpiewaniu pieśni ”Boże coś Polskę” z taką właśnie frazą, tłumacząc, że falsyfikaty zastąpiły wartości, a patologia normę. Czy mamy dziś wolną Polskę?

Lobotomia 3.0 – ONI

Żyjemy w kraju, w którym przeszłość zniewoliła teraźniejszość.

ONI – przed kilku laty mimochodem uświadomiłem sobie, że używałem tego słowa tak często, aż któregoś razu jedna z córek zapytała mnie z naciskiem.

– Kim są ci ONI, tato?

Nie odpowiedziałem. Zastanawiałem się, jak wyjaśnić dziecku, że to ludzie, którzy zamiast in formować – dezinformują, zamiast zwalczać kłamców – zwalczają tych, którzy kłamstwa demaskują, zamiast pilnować bezpieczeństwa Państwa, pilnują bezpieczeństwa tych, którzy Państwo niszczą i prowadzą na dno przepaści.

– Kim są ONI? – dopytywała córka.

– Porozmawiamy o tym później – odparłem stanowczo, chcąc zyskać na czasie. Po namyśle doszedłem do wniosku, że skoro dzieci zadają takie pytania jak to, kim są ONI ?, to jest to dowód, iż dorastają. Zdecydowałem, że porozmawiam z córką. Wyjaśniłem, że pod pojęciem ONI klasyfikuję grupę ludzi, odpolityków iwysokiej rangi urzędników państwowych, po funkcjonariuszy służb specjalnych, że ludzie ci coraz częściej zajmują się nie tym, do czego zostali wybrani i powołani, że zwalczają tych, którzy głośno im o tym przypominają. Na twarzy córki malowała się ulga. Moje wyjaśnienia były zgodne z tym, czego uczyliśmy nasze dzieci: za ideały trzeba niekiedy płacić wysoką cenę.

Pytania córki przywołały jednak refleksję: zacząłem się zastanawiać, kiedy po raz pierwszy zauważyłem, że ONI istnieją?

Tak naprawdę już chyba w połowie lat 90, gdy dowiedziałem się o niezwykłym spotkaniu, jakie kilka lat wcześniej odbył prokurator Andrzej Witkowski.

***

W tamtym czasie, a dokładnie latem 1991 roku Witkowski po raz pierwszy zbliżał się do finału śledztwa dotyczącego zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki, był o krok od poznania niezwykle istotnych faktów. Już wówczas uważał, że sprawa wyjaśnienia wszystkich okoliczności śmierci księdza Jerzego jest tak trudnai skomplikowana, bo wiąże się z szeregiem innych spraw z okresu lat 80, a nawet 90. Jej ruszenie miało być uruchomieniem pierwszej kostki domina, po uruchomieniu której najnowsza historia Polski miała być pisana na nowo.

Ludzie z zespołu Witkowskiego wiedzieli już dość o zbrodni popełnionej na księdzu Jerzym, by z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością móc podważyć ustalenia procesu w Toruniu. Po przeszło rocznym śledztwie mieli już dowody, że w 1984 roku wysiłki decydentów skupiły się nie na wyjaśnianiu okoliczności zbrodni, lecz na ukrywaniu i fałszowaniu faktów. Mimo pozyskanej wiedzy, dokumentówi zeznań kilkuset świadków brakowało im jednak elementu, który pozwoliłby na domknięcie koła i udowodnienie, że za zbrodnią popełnioną na kapelanie Solidarności stały najważniejsze osoby w państwie, że osoby te nie tylko na zbrodnię przyzwoliły, ale też kierowały nią i monitorowały jej przebieg od początku do samego końca. Innymi słowy – Witkowski i członkowie jego zespołu śledczego wiedzieli, jak zbrodnia nie wyglądała, wciąż jednak nie wiedzieli, jaki był jej przebieg.Ten brakujący element nieoczekiwanie udało się zdobyć wrześniowego ranka 1991 roku.Tego dnia prokurator czekał na nieznanego sobie mężczyznę, o którym nie wiedział prawie nic - tyle, że ma do przekazania ważne informacje dotyczące sprawy, którą się zajmował. Ryzykował niewiele, co najwyżej czas. Zdążył zamówić herbatę, gdy podszedł elegancki, około pięćdziesięcioletni mężczyzna. Nie czekając na zaproszenie przysiadł się do stolika.

–Pan Andrzej Witkowski, prawda.–Było to stwierdzenie, nie pytanie.–Nowo przybyły uśmiechnął się.–Przepraszam za środki ostrożności.

–Mam nadzieję, że nie były konieczne panie…

–Moje nazwisko nic panu nie powie. Przejdźmy się…

–Jest pan dużo bliżej, niż pan przypuszcza. Wszystko co mam do powiedzenia, jest ściśle tajne. Byłem w wojskowym wywiadzie. Wiem o takich sprawach, że amerykańscy scenarzyści byliby zachwyceni. Robiłem naprawdę różne rzeczy. Ale jest sprawa, która nie daje mi spokoju – ciągnął nieznajomy. – Mówię o sprawie, która zaczęła się 15 września 1984. Tego dnia za Grzegorzem Piotrkowskim, Leszkiem Pękalą, Waldemarem Chmielewskim i Adamem Pietruszką zarządzono obserwację... Na ponad miesiąc przed uprowadzeniem księdza Popiełuszki ktoś w jakiś „cudowny sposób” przewidział skład przyszłej ławy oskarżonych…

–Co pan powiedział?!

Teraz to Witkowski badawczo przyglądał się swojemu rozmówcy.

–Powiedziałem, że istnieje dowód na istnienie spisku. Czterej oficerowie SB skazani w procesie toruńskim byli tylko pionkami w tej morderczej rozgrywce.

–Skąd pan to wie?

Nieznajomywzruszył ramionami.

–Wielu o tym wiedziało. To była operacja, w której brali udział funkcjonariusze Wojskowych Służb Wewnętrznych – moi koledzy. Większość rozkazów przekazywano ustnie, ale to, co było na papierze, pan dostanie albo powiem, gdzie tego szukać. To potem. Nie wiem, dlaczego zlecono tę obserwację, ale najważniejsze jest inne pytanie: kto mógł to zorganizować?

–Generał Kiszczak…?

–Decyzja musiała zapaść na najwyższym szczeblu. To przecież operacja podjęta w stosunku do wysokich rangą funkcjonariuszy resortu. Proszę pamiętać, że generał Kiszczak odszedł do MSW z kontrwywiadu. WSW to byli jego ludzie.

–Może to przypadek?

–Nic nie pozostawiono przypadkowi.

–Dlaczego właściwie mówi mi pan to wszystko?

–Nie wierzy mi pan? Musi mi pan uwierzyć. Nie każdy po tamtej stronie był skurwysynem.

–Będzie pan zeznawał?

–Nie pozwolono by mi na to. Pomogę panu, ale nigdy się pan nie dowie, kim jestem. Nawet nie będzie pan próbował. Ma pan szansę doprowadzić do historycznego procesu. Zabiliby pana, ale jest o panu zbyt głośno i taka śmierć skupiłaby uwagę na sprawie. Dlatego będą podważać pana wiarygodność. Robili to już wcześniej wiele razy, proszę mi wierzyć, wykorzystają każdy błąd. Teraz nie może pan się już zatrzymać. Ludzie chcą znać prawdę, a prawda jest po pańskiej stronie.

Informator dotrzymał słowa. Kilka dni po tym spotkaniu dostarczył informacje pozwalające na odnalezienie ściśle tajnych dokumentów znajdujących się w zasobach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Potwierdziły one prawdomówność informatora. Okazało się, że istotnie już od 15 września 1984 czterej funkcjonariusze MSW skazani później w Procesie Toruńskim, zostali objęci obserwacją Wojskowych Służb Wewnętrznych. Obserwacja ta była realizowana także tragicznego wieczoru 19 października 1984 roku. Prokurator rozumiał, że już tylko odkrycie tego jednego faktu powinno spowodować rewizję ustaleń Procesu Toruńskiego. Miał przed sobą tylko dwie możliwości: albo wszystko to, co stało się 19 października 1984 roku było reżyserowaną przez kogoś misterną grą, albo też ktoś wydał rozkaz obserwacji czterech oficerów SB w oparciu o niezwykłą intuicję pozwalającą przewidzieć, iż to właśnie oni zasiądą na ławie oskarżonych w procesie o zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. Absurdalność drugiej hipotezy nie wymagała komentarza. Zostało zatem skoncentrowanie się na pierwszej i uzyskanie odpowiedzi na najważniejsze pytanie: kto był reżyserem tej wielkiej gry? Miało w tym pomóc przesłuchanie sześciu nieznanych dotąd nikomu świadków zbrodni – funkcjonariuszy WSW. Tych sześciu świadków było pracownikami byłych Wojskowych Służb Wewnętrznych z Bydgoszczy. W 1991 roku służyli w tamtejszych Wojskowych Służbach Informacyjnych. Lubelscy prokuratorzy wiedzieli, że czeka ich ciężkie zadanie, ale byli zdeterminowani. 21 listopada 1991 rokuw towarzystwie kilku innych prokuratorów oraz policjantów wkroczyli do siedziby Wojskowych Służb Informacyjnych w Bydgoszczy. Rozpoczęte niemal w samo południe 21 listopada 1991 roku przesłuchanie sześciu świadków zbrodni zakończyło się późnym wieczorem, ale nie przyniosło wyraźnych efektów. Funkcjonariusze WSI milczeli bądź udzielali zdawkowych, wymijających odpowiedzi. A jednak mimo to prokuratorzy byli zadowoleni. Powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że troje funkcjonariuszy WSI pod koniec przesłuchania wyraźnie „zmiękło”. „Czy naprawdę jest poparcie z góry?” – tylko to tak naprawdę ich interesowało, zwłaszcza oficera w stopniu majora, który był sceptyczny w kwestii oceny możliwości Witkowskiego.

–  Jeszcze nie jest za późno, by wyjawił pan prawdę. Będzie, gdy zasiądzie pan na ławie oskarżonych – przekonywał Witkowski. – Pan wie równie dobrze jak ja, że żadnego procesu nie będzie. I jeszcze to, że za późno było od samego początku.

–Dla Piotrowskiego i jego wspólników w zbrodni tak. Ale wy jedynie monitorowaliście działania oprawców. Czy nie rozumie pan, że usiłuję panu pomóc?

–Jak pan mi może pomóc?

–Niszcząc ludzi, którzy zajmowali się niszczeniem innych, także księdza Jerzego. Ale potrzebuję pomocy. Niech pan pomoże mnie, a ja pomogę panu.

Rezygnacja, a może nawet rozpacz malująca się na twarzy oficera ustąpiła miejsca jakiemuś innemu wyrazowi, ale przynajmniej wydała się Witkowskiemu trochę mniej bezdenna. Major pokiwał głową kilka razy, uśmiechnął się gorzko

i powiedział:

–Nikt za panem nie stoi. Jeżeli powiem co wiem, pan mnie nie ochroni. Nie wie pan o tym?!

–Gdybym nie miał poparcia, nie byłoby mnie tutaj.

–Nie docenili pana, ale nie zna pan drapieżników, z którymi będzie miał do czynienia. Jeżeli nie jest pan kryty na samej górze, nie pozwolą panu na więcej. Wszyscy są w to zamieszani.

–Wszyscy, czyli kto?

–Muszę mieć gwarancję, że nie jest pan sam. Dzisiaj nic więcej ode mnie pan nie usłyszy.

W zgodnej opinii członków zespołu śledczego następne przesłuchanie, już w Warszawie, miało przynieść przełom. Stało się inaczej. W przededniu drugiego przesłuchania Witkowski został wezwany do Ministerstwa Sprawiedliwości na naradę. Później mówił publicznie, że rozmowy z ministrem Wiesławem Chrzanowskim

i wiceministrem Stanisławem Iwanickim, która się tam odbyła, nie zapomni do końca życia.

– Przejdę od razu do meritum – zaczął minister. – Bardzo dokładnie przeczytaliśmy pańskie sprawozdanie dotyczące postępów w śledztwie. Przeanalizowaliśmy każdy detal i doszliśmy do wniosku, że padł pan ofiarą prowokacji.

– Nie rozumiem…

– Pańskie śledztwo panie prokuratorze zmierza w złym kierunku. Mówiąc wprost: uważamy, że przyjęta koncepcja prowadzonego śledztwa nie jest właściwa. Trzeba wyselekcjonować  poszczególne jego odcinki i prowadzić sprawę od dołu. Pan zaczął od góry. To droga donikąd. Chcemy, żeby pan dalej prowadził tę sprawę, ale zaczął od innej strony.

–Nie zmienię koncepcji, która przyniosła tak dobre wyniki…

–W takim razie będzie pan musiał przekazać to śledztwo innemu prokuratorowi.

Spotkanie nie trwało długo i w zasadzie ograniczyło się do przekazania informacji, że rola Witkowskiego, jako prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, została zakończona. Do drugiego przesłuchania sześciu oficerów WSI, którzy byli świadkami uprowadzenia kapelana Solidarności i znają prawdę o rzeczywistych okolicznościach tej zbrodni, nie doszło nigdy. Oficjalnie sprawa była kontynuowana, ale rozbita na szereg mniejszych śledztw i ograniczająca się do postawienia przed sądem dwóch decydentów średniego szczebla – generałów Ciastonia i Płatka – w rzeczywistości została skazana na zapomnienie i zakończyła się zgodnie z przewidywaniami: generałów uniewinniono, a zagadka śmierci księdza Jerzego na blisko dziesięć lat stanęła w martwym punkcie. Śledztwo przerwano w momencie, w którym nabierało największej dynamiki. Tym samym bezpowrotnie stracono najlepszy czas na wyjaśnienie wszystkich okoliczności zamordowania księdza Jerzego. Nie darowano też samemu Witkowskiemu, dorabiając image fantasty i szaleńca.

Spełniła się tym samym przepowiednia jednego z informatorów: jeżeli nie można podważyć ustaleń śledztwa, zawsze można zdyskredytować ich autora, a wtedy to, co ustalił, jest bez znaczenia.

***

To nie przypadek, że gdy po dziesięciu latach przerwy w roku 2001 prokurator Andrzej Witkowski powrócił do prowadzenia tej sprawy, nie odnalazł prawie żadnych dokumentów, ani innych dowodów zebranych w śledztwie prowadzonym na początku lat 90. Materiały ze śledztwa „po prostu” zaginęły i nikt nie potrafił powiedzieć, co się z nimi stało.

Być możewskazówką odnośnie działań podejmowanych w tej – i nie tylko w tej – sprawie jest spotkanie, jakie przed laty odbyłem z oficerem służb tajnych...Wiosną 2005 roku zbierałem materiały do filmu o siatce pedofilów w Polsce. Siatka była głęboko zakonspirowana. I wówczas od jednego z informatorów ze służb tajnych otrzymałem wiadomość, że zna odpowiedniego człowieka, kapitana służb tajnych, który w latach 80. i jeszcze po weryfikacji w pierwszej połowie lat 90., robił z pedofilów swoich informatorów i być może zgodziłby się przekazać materiały na ten temat. Po kilku dniach otrzymałem potwierdzenie, że kapitan zgadza się na rozmowę. Pojechałem zatem na spotkanie z człowiekiem, o którym wiedziałem, że pracując przez lata w resorcie spraw wewnętrznych, gdy zatrzymywał przestępcę pedofila, puszczał go wolno w zamian za podpisanie zobowiązania do współpracy. Jeszcze przed spotkaniem przeżyłem zaskoczenie. Budynek, który odnalazłem pod wskazanym adresem, nie był domem jak inne domy, raczej rezydencją przypominającą gabarytami pałac namiestnikowski, z liczącą ćwierć hektara działką. Taka posesja na Mokotowie, to majątek wart miliony.

– Dzień dobry – odezwał się od progu niski, ostry głos. Obróciłem się i popatrzyłem na człowieka, który tam stał, wysokiego mężczyznę w dobrze skrojonym ciemnym garniturze, z chłodnymi, przenikliwymi szarymi oczami i twarzą, którą mógłbym nawet uznać za sympatyczną, gdybym tylko zapomniał o okolicznościach, w jakich się tu znalazłem. Jednym słowem mój rozmówca nie wyglądał na tępego ubola – przeciwnie, wyglądał bardzo fachowo. Twardy i wyglądający na przebiegłego osobnik po pięćdziesiątce. Glina i to nie taki, którego można by lekceważyć. Zamknął drzwi, podszedł do mniei przedstawił się.

– Nieczęsto przyjmuję gości tutaj, ale wiele o panu słyszałem i chciałem, abyśmy obaj czuli się swobodnie – zagadnął.

Zastanowiłem się chwilę, co odpowiedzieć, ale postanowiłem nie komentować tego, co usłyszałem. Uśmiechnąłem się i uścisnąłem mu dłoń.

– Od chwili, kiedy zacząłem się panu przyglądać, popełnia pan same błędy – odpowiedział cedząc słowa. – Ale mój drogi redaktorze, jeżeli mnie pan lekceważy i myśli, że mógłby mnie do czegokolwiek wykorzystać, to w tym momencie popełnia pan największy. Jeżeli zdecyduję się panu opowiedzieć coś na temat, który, jak słyszałem, tak bardzo pana interesuje, to wyłącznie dlatego, że taka będzie moja decyzja, a nie dlatego, że pan będzie tego chciał. Rozumiemy się?

– Mówi pan jasno. Ale dlaczego mam wrażenie, że pan mi w zawoalowany sposób grozi?

– Tak pan odebrał, co powiedziałem?

– Mniej więcej.

– Zagrajmy zatem w otwarte karty. Mógłbym pana wyrzucić z telewizji jednym telefonem, tylko po co? I nie grożę panu, tylko informuję, że znam dość ludzi, by skutecznie obrzydzić panu życie. O ile oczywiście będzie taka potrzeba. Ale wiem, że nie będzie, bo wbrew temu, co o panu słyszałem, wygląda pan na rozsądnego człowieka. Czyli chce pan rozmawiać o brudach tego świata.

– Taką mam pracę.

– Czy przyszło panu na myśl, że normalni ludzie nie zajmują się takimi sprawami, jak pan?

– Może jestem ponadnormalny.

– A może ma pan ukryty dyktafon lub inny sprzęt nagrywający.

Rozpiąłem marynarkę i rozchyliłem ją szeroko.

– Niech pan nie żartuje. Może pan to mieć w zegarku albo długopisie. Tak naprawdę nie powinienem z panem rozmawiać albo rozmawiać w basenie lub saunie, ale niech tam. Mam dług wdzięczności wobec naszego wspólnego znajomego, który pana protegował i tylko dlatego w ogóle rozmawiamy.

Milczałem, bo i co tu było do dodania?

– Niech pan nie sądzi, że byłbym takim idiotą, aby oskarżyć samego siebie. Niech pan nie wyobraża sobie, że chcę być gwiazdorem.

Kapitan nie tylko wyglądał na przebiegłego, był przebiegły.

Nie próbowałem być tak przebiegły, jak on i w krótkich słowach powiedziałem mu, po co przyszedłem. Pod koniec spotkania, gdy atmosfera nieco się rozluźniła, obiecał pomóc. Swoją obietnicę spełnił jednak dopiero podczas naszego trzeciego spotkania i to połowicznie, rzucając garść drugorzędnych informacji. Zapewniał, że nic więcej nie wie i był w swoich zapewnieniach wiarygodny. Tak wiarygodny, że prawie uwierzyłem, iż on sam wierzy w to, co mówi.

Mnie w tym momencie intrygowało już jednak co innego. Pod koniec trzeciego spotkania, w trakcie którego na stół wjechała już butelka calvadosa, w pewnej chwili rozluźniony gospodarz pokazał na stojącą w rogu pokoju pancerną szafę mówiąc:

– Z tego, co tam mam, ustawiłem w życiu dzieci, a teraz ustawiam wnuki. Oczywiście oryginały dokumentów znajdują się w bezpiecznym miejscu. – Na moment zamyślił się i uśmiechnął do swoich myśli. – I jeśli kiedyś w drewnianym kościele spadnie mi na głowę cegła, te materiały wypłyną, a wówczas wiele osób będzie miało problem.

W ciągu tych kilku sekund zmienił się tak dalece, że zupełnie już zapomniałem o jego wcześniejszym wizerunku.

– Pan tych ludzi szantażuje?

Było to pytanie brutalne w swojej głupocie, zupełnie niepotrzebne. Demaskowało stan napięcia nerwowego, w jakim się znajdowałem. Sądzę, że byłbym zadowolony, gdyby zaprotestował. Ale nie, mój gospodarz nawet się nie zdenerwował i odpowiedział zupełnie spokojnie, jakby mówił o sprawie zupełnie błahej, niedotyczącej jego ofiar, którymi szantażowani przez niego ludzie w jakiejś mierze przecież byli.

– Panu tych ludzi szkoda? Przecież to pedofile.

– Wszyscy?

–Tylko niektórzy. Ale pozostali też coś przeskrobali, inaczej nie mielibyśmy ich w aktach.

Zastanowił się przez moment i uśmiechnął do swoich myśli.

–Gdybym tacy, jak ja, ujawnili wszystkie takierzeczy, ten kraj rozleciałby się w drzazgi.Dla mnie to tylkoprawo popytu i podaży, nic osobistego.

Oczyma wyobraźni zobaczyłem świat, w którym ten człowiek i jego ofiary funkcjonowali od lat. Ile ich mogło być? Pięćdziesięciu? Siedemdziesięciu? Jak zostali tajnymi współpracownikami Służby Bezpieczeństwa? Kiedyś w przeszłości popełnili błąd, a może całą serię błędów. Pomijając tych, którzy wykorzystywali dzieci – co mogli zrobić pozostali? Chcąc otrzymać paszport donieśli na przyjaciela, któremu donos zniszczył życie: może nawet popełnił samobójstwo, a może „tylko” rozpadła mu się rodzina? A może zrobili coś innego – spowodowali wypadek po pijanemu, w wyniku którego ktoś poważnie ucierpiał lub zginął? Może uczestniczyli w jakiejś esbeckiej prowokacji, rozpracowaniu lub innej podłości, która skończyła się więzieniem albo innym dramatem wielu osób? W rzeczywistości pytania ograniczały się do zaledwie kilku, ale ich warianty osiągały cyfrę astronomiczną.

Jeśli mieli wtedy dwadzieścia lub trzydzieści lat, to dziś mają lat pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt i znajdują się u szczytu aktywności zawodowej i kariery. Wtedy byli na dorobku, studentami, doktorantami, klerykami – dziś mogą być ministrami, profesorami, szanowanymi biznesmenami, może biskupami lub autorytetami moralnymi? Ujawnienie kompromitujących informacji dla wielu z nich mogło być końcem wszystkiego, tak jak to się stało w przypadku arcybiskupa Paetza, który po ujawnieniu danych z jego teczki z dnia na dzień został odsunięty w cień i znalazł się na marginesie życia, jakie dotąd wiódł. Nie było więc takiej ceny, jakiej szantażowani nie zapłaciliby swojemu szantażyście, bo stawką w tej rozgrywce de facto było życie. Ofiary mojego gospodarza z pewnością musiały być osobami zamożnymi lub wpływowymi. Przynajmniej na tyle, by mógł pławić się w luksusie i wieść życia rentiera – milionera...

Przyjrzałem się bliżej potworowi, z którym miałem do czynienia, a który w innych ludziach widział tylko szpetotę i strach. Poznał tylko jedną stronę natury ludzkiej

i myślał – był pewien – że nie ma nic innego. Przyglądałem mu się wnikliwie, ale jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nawet oczy – także te były spokojne

i zimne, niczym oczy rekina.

Pod najbłahszym pretekstem szybko opuściłem dom kapitana – szantażysty z przekonaniem graniczącym z pewnością, że już nigdy tutaj nie wrócę. Pojąłem to, co powinienem był pojąć dawno temu: żyjemy w kraju, w którym przeszłość zniewoliła teraźniejszość. Oczywiście już wcześniej miałem świadomość, że tzw. „teczki” mają wpływ na postawy wielu ważnych ludzi – na to co mówią i co robią. Ale nie przypuszczałem, że skala zjawiska jest tak duża. Przecież ja tak naprawdę rozmawiałem z oficerem średniej rangi, czyli w hierarchii służb tajnych z nikim, z żadnym decydentem.

Jeżeli zwykły kapitan służb tajnych był w posiadaniu teczek, dzięki którym stał się milionerem i zabezpieczył finansową przyszłość swoich bliskich na kilka pokoleń, to jakie teczki mieli w swoich rękach jego przełożeni pułkownicy?

Jakie teczki mieli ich przełożeni?

Jakie mieli generałowie Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski?

Jakie wreszcie teczki znajdowały i wciąż znajdują się w Moskwie?

Ile w Polsce i Rosji jest takich szaf ?

Ile osób mających wpływ na funkcjonowanie i kluczowe decyzje dla kraju żyje w strachu przed ujawnieniem przeszłości i zachowuje się jak bezwolne kukły pociągane za sznurki, podążające za wolą tego, który dzierży koniec sznurka?

Czy w zakamarkach takich szaf, w ich mrocznych tajemnicach i materiałach opatrzonych klauzulą najwyższej tajności, zawarte są odpowiedzi na pytania – póki co - bez odpowiedzi?

Czy tu kryje się wyjaśnienie dotyczące zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki, najgłośniejszej i zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni w powojennej Polsce?

A odpowiedź na ostatnie pytanie, to tak naprawdę dopiero początek drogi.

CDN

PS

I już na marginesie. Wszystkich zainteresowanych zmiennością wersji pana Radosława Sikorskiego odsyłam do mojej książki, która ukaże się w pierwszym kwartale przyszłego roku. Co prawda, książka będzie poświęcona Bronisławowi Komorowskiemu, ale będzie tam opisana historia domku myśliwskiego na Wojskowej Akademii Technicznej monitorowanego onegdaj przez Centralne Biuro Śledcze i bytności w tym domku - w dość podłych okolicznościach, ukazujących „słabości ludzkie” - bardzo ważnych osób. To historia, która - już niebawem - wiele wyjaśni ...

Wojciech Sumliński