Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji  
”Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie...” - ksiądz Stanisław Małkowski, przyjaciel Błogosławionego Księdza Jerzego nie jest odosobniony w śpiewaniu pieśni ”Boże coś Polskę” z taką właśnie frazą, tłumacząc, że falsyfikaty zastąpiły wartości, a patologia normę. Czy mamy dziś wolną Polskę?

Lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć

Historia, którą opowiadam, nie jest napisana „na wybory”. Jest reporterskim zapisem faktów i przeżyć, które stały się moim udziałem i tak naprawdę powstała tylko z jednego powodu: bo lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć….

Fragment książki pt. „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”.

- W powieściach kryminalnych nie ma wątpliwości co do dokładnej godziny śmierci znalezionej ofiary. Zazwyczaj po pobieżnym zbadaniu lekarz puszcza przegub nieboszczyka i mówi: „śmierć nastąpiła ubiegłej nocy o godzinie trzeciej trzydzieści siedem”, a następnie z pobłażliwym uśmiechem, przyznającym, że jest członkiem omylnej rasy ludzkiej, dodaje: „Kilka minut w tę czy w tamtą”. W rzeczywistości nawet dobry lekarz ma dużo więcej trudności, bo waga denata i okoliczności zgonu wpływają na ostygnięcie ciała powodując, że chwila śmierci może być określona jedynie w przybliżeniu, z dokładnością do kilku godzin. Nie jestem lekarzem, ani tym bardziej dobrym lekarzem, ale jedno mogłem stwierdzić na pewno: dyrektor IV oddziału Banku PKO BP w Warszawie, zginął wystarczająco dawno, by wystąpiło pośmiertne stężenie mięśni, lecz nie na tyle dawno, by się cofnęło. Był sztywny, jak człowiek, który zamarzł podczas syberyjskiej zimy. Śmierćmusiała nastąpić wiele godzin przed naszym przybyciem. Ile – nie wiem.

Komisarz przerwał.

Po raz kolejny tego dnia przyjrzałem się człowiekowi, który snuł swoją opowieść: wysokiemu mężczyźnie w dobrze skrojonym, ciemnym garniturze, z chłodnymi, przenikliwymi, szarymi oczami, sympatyczną twarzą, która bardzo szybko mogła przestać być sympatyczna, wyglądającemu bardzo fachowo. Nawet jeśli się go nie znało, nie można było mieć wątpliwości co do jego zawodu. W jego smagłej twarzy nie było ani niepokoju, ani wyczekiwania – po prostu spokojna pewność zawodowca, który na zimno relacjonuje niezwykłą historię niezwykłego śledztwa.„Dobry, spokojny człowiek, a jednocześniepolicjant, i to nie taki, którego można by lekceważyć.”- zawsze tak o nim myślałem. I zawsze zadziwiała mnie ta pozorna sprzeczność – ot, dobry człowiek, a przy tym policjant, którego nie można lekceważyć…

Komisarz powoli, z rozmysłem, zdusił niedopałek papierosa. Wydawało mi się, że ten gest zawierał w sobie dziwny przedsmak ostatecznej decyzji, jakby coś w sobie ważył i przełamał.

Po chwili wyciągnął srebrną papierośnicę, starannie wybrał papierosa i wsunął papierośnicę na powrót do czarnej, dwurzędowej marynarki. Był rzetelnie zmęczony – nie na tyle jednak, by nie dokończyć tego, z czym przyszedł. Uśmiechnął się lekko, by po chwili podjąć przerwany wątek.

- Głowa nieszczęśnika spoczywała na stole, na którym leżała Beretta PX 4. To pistolet niewiele większy od standardowego telefonu komórkowego, którego jednak pocisk, zamiast przebić ciało ofiary na wylot, niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze - kontynuował spokojnie. - Przypuszczenie, że dyrektor popełnił samobójstwo kilka godzin po tym, jak dzwonił do nas z deklaracją przekazania nazajutrz informacji najwyższej wagi, wydało mi się zbyt naciągane. Postanowiłem więc sprawę zbadać z bliska. Gdy podszedłem do trupa, już wiedziałem w jaki sposób umarł…

Zniżył głos do szeptu. W pełnej napięcia ciszy zgrzytnęło kółko zapalniczki. Pochylił się do przodu, oparł o stół i mówił dalej cichym głosem:

- Trzy ślady na piersi nie pozostawiały wątpliwości. Widziałem takie wiele razy, zbyt często, by się mylić. Mój zawód często

sprawia, że stykam się z martwymi ludźmi, których zgon bynajmniej nie był naturalny. Nigdy jednak nie widziałem podobnej sytuacji: ofiara, w której ciele tkwiły trzy kule, wyglądała tak, jakby zginęła śmiercią samobójczą. Nie zauważyłem śladów bytności osób trzecich, ale wizja samobójcy pociągającego za spust raz za razem i trafiającego za każdym razem we własne serce, podczas gdy już pierwszy strzał musiał być śmiertelny, wydała mi się równie absurdalna, co groteskowa. Morderca byłby kompletnym idiotą, gdyby sądził, że ktoś uwierzy w taki scenariusz. Kimkolwiek jednak był, nie przywiązywał dużej wagi do uwiarygodniania pozorów.

Na moment twarz mojego rozmówcy zlodowaciała.

- A teraz uważaj, bo będzie najciekawsze.Sekcji zwłok denata nie przeprowadzono, a samo śledztwo zamknięto, nim tak naprawdę w ogóle się zaczęło.Nazajutrz po śmierci dyrektoraw prasie pojawiła się informacja, że zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w trakcie pobytu na Ukrainie. Podobnie absurdalną informację znajdziesz w policyjnych dokumentach dotyczących tej sprawy, w tych aktach.

Sięgnął po przepasane tasiemką dwie opasłe papierowe teczki i pchnął je w moją stronę.

Wziąłem pierwszą teczkę z wierzchu i wyjąłem kilka spiętych kartek.

Były to informacje Centralnego Biura Śledczego o Fundacji „Pro Civili” założonej przez oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych. Już pobieżny ogląd wskazywał, że była to bardzom interesującą lektura. Oczywiście, jeżeli ktoś interesuje się wykradaniem tajemnic państwowych, samobójstwami, zabójstwami na zlecenie, defraudacjami na gigantyczną skalę i ogólnie rozumianymi słabościami ludzkimi ze wszystkim, co określenie to w sobie zawiera. U góry każdej kartki widniała adnotacja o tajności dokumentu, a niżej zaznaczono odnośniki. Najstarszy dokument pochodził sprzed kilku lat i w przeciwieństwie do pozostałych zawierał nie jedno lecz kilka odnośników.

Cała ta sprawa coraz mniej mi się podobała, o czym komisarz łatwo mógłby się przekonać, gdyby zobaczył moją minę. On jednak z drobiazgową skrupulatnością lustrował sufit, jak gdyby spodziewał się, że w każdej chwili może zlecieć nam na głowę. Byłem zmęczony, zirytowany i nie podobał mi się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa.

W towarzystwie mojego gospodarza spędziłem pięć godzin, by później wieczór poświecić na uporządkowanie notatek. Cała historia w trakcie naszej rozmowy zaczęła nabierać przejrzystości. Pokazywała, jak bardzo rzeczywisty wizerunek Wojskowych Służb Informacyjnych oraz najważniejszego polityka, który służb tych bronił, z konsekwencją godną lepszej sprawy, odbiega od wizerunku wykreowanego.

Dochodziła dwudziesta, gdy sięgnąłem po drugą teczkę wypełnioną aktami śledztwa prowadzonego przez oficerów „polskiego FBI” - Centralnego Biura Śledczego. Jej lektura potwierdzała, że choć każdy polityk ma swojego trupa w szafie, to Bronisław Komorowski miał całe cmentarzysko.

Z całościowej analizy zebranego materiału wynikało, że minister był na bieżąco informowany przez podległe mu służby o sytuacji na Wojskowej Akademii Technicznej. Mimo to nie tylko nie podjął żadnych działań, które położyłyby kres pandemonium, ale wprost przeciwnie - usuwał przeszkody, które powstawały na drodze działalności „Pro Civili”.

Funkcjonariusze CBŚ ustalili też, że Rosjanin posługujący się personaliami „Igor Kopylow” - organizator procesu wyłudzania ogromnych kredytów bankowych na rzecz „Pro Civili”, współdziałający z WSI i grupą pruszkowską – miał niezbędne pełnomocnictwa wydane przez Ministerstwo Obrony Narodowej do zapoznawania się z pracami badawczymi na WAT, sięgającymi nawet tajemnic państwowych. Świadkowie potwierdzili, że Igor Kopylov regularnie kontaktował się z kapitanem Piotrem Polaszczykiem, który według relacji tych samych świadków miał z kolei mieć kontakt z Bronisławem Komorowskim. Kopylow był też inicjatorem factoringu, zwanego systemem satelitarnym, który polegał na zakładaniu fikcyjnych spółek na fałszywe tożsamości lub „ludzi – słupy”, w zamian za określoną gratyfikację. Osoby te, bądź firmy, zaciągały kredyty w bankach, głównie w IV Oddziale PKO BP w Warszawie. Po krótkim czasie spółki ogłaszały bankructwo lub upadłość, a zaraz potem upadały spółki, które poręczały im kredyty, jak Korporacje „Adar”, „Petimpex”, „Parsley Company Limited”, „Kipron”, „Czok”, „Kiumar”, czy „Glicor”. Wszystkie te spółki były kapitałowo i osobowo powiązane z Igorem Kapylovem. Kwota wyłudzeń dokonanych tylko w ten sposób przekroczyła sto milionów złotych, a przecież był to tylko drobny zakres działalności „Pro Civili”. Pieniądze transferowano z Polski za pośrednictwem Korporacji „Adar i Parsley Company Limited” zarejestrowanej na Cyprze, do państw byłego Związku Radzieckiego, głównie Rosji. Przykład takiego działania stanowiła umowa w sprawie zakupu jachtu motorowego przez „Adar” od firmy „Parsley” o wartości sześciu milionów dolarów. „Adar” zawarła umowę z WAT na leasing jachtu na sześć lat, której łączna wartość wynosiła trzydzieści sześć milionów złotych plus podatek VAT. Jednak już kilka miesięcy później zawarto kolejną umowę leasingu tego samego jachtu, której wysokość określono na dwadzieścia jeden milionów złotych plus VAT. Wartość każdej z tych umów była zatem wyższa od wartości jachtu, który po okresie leasingowania i tak miał pozostać własnością „Parsley”. W tym samym czasie „Adar” za pośrednictwem Wojskowej Akademii Technicznej kupił od „Parsley” platformę wiertniczą za sto dwadzieścia pięć milionów dolarów. Z uwagi na fakt, iż pieniądze wypłacone w wyniku obu umów – za jacht i za platformę - miały zostać wysłane na to samo konto w banku na Cyprze, stanowiły one prostą i szybką drogę do wytransferowania pod osłoną WSI ponad stu trzydziestu milionów mafijnych dolarów poza Polski system bankowy. Niezależnie od skutków finansowych, jakie wynikały z powyższych kontraktów, umowy te zawierały również klauzule umożliwiające kontrahentowi dostęp do informacji stanowiących co najmniej tajemnicę służbową. Dotyczyło to przede wszystkim możliwości wglądu w budżet i bilans finansowy Wojskowej Akademii Technicznej, w tym zakres i budżet finansowania prac naukowych, badawczych oraz wdrożeniowych na zapotrzebowanie Sił Zbrojnych i Komitetu Badań Naukowych.

Nie mniej, nie więcej, oznaczało to, iż posługujący się kilkoma tożsamościami, powiązany z obcym wywiadem, międzynarodowy przestępca Igor Kapylow, mógł otrzymywać informacje o stopniu zaawansowania ściśle tajnych prac badawczych oraz o procesach ich wdrażania na potrzeby Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Ustalono, że szczególnie interesował go nowoczesny system rakietowy. Tuż przed odebraniem śledztwa przez Wojskowe Służby Informacyjne oficerom Centralnego Biura Śledczego - czyli tuż przed przerwaniem śledztwa - prowadzący je policjanci próbowali dociec, jak to możliwe, że Bronisław Komorowski, który o działalności Igora Kopylowa był informowany na bieżąco i miał w tej kwestii pełne rozeznanie, nie zrobił kompletnie nic, by położyć jej kres. Odbierając śledztwo policji Wojskowe Służby Informacyjne nie dopuściły do pełnego zrealizowania tego wątku śledztwa.

Konkluzja oficerów Centralnego Biura Śledczego odnosząca się do tego fragmentu śledztwa była jednoznaczna: Wojskowe Służby Informacyjne, które odpowiadały za kontrwywiadowczą osłonę technologii rozwijanych w ramach projektów badawczych na Wojskowej Akademii Technicznej, same przekazały je w obce ręce. Zdaniem prowadzących śledztwo oficerów CBŚ kluczowymi postaciami, których działania - bądź zaniechanie działań – doprowadziły do takiej sytuacji, a nadto do wyłudzenie z WAT setek milionów złotych, byli kierujący resortem szef MON, Bronisław Komorowski, generał Andrzej Ameljańczyk oraz zastępca komendanta WAT do spraw ekonomiczno - organizacyjnych pułkownik Janusz Łada. Ten ostatni, przekraczając zresztą swoje uprawnienia, wyraził pisemną zgodę na założenie rachunku bankowego w IV Oddziale PKO BP w Warszawie - do czego upoważniony był tylko komendant WAT - a następnie założył w tym oddziale rachunek udzielając przy tym pełnomocnictw do korzystania z konta osobom powiązanym z „Pro Civili”. Na tak funkcjonującym koncie bankowym dokonywano szeregu operacji poza ewidencją WAT, a dotyczących fikcyjnych transakcji gospodarczych pomiędzy „CUP WAT” i licznymi firmami, m.in. „Budomix”, „Transatlantic Finance Division”, „Korporacja Adar”, „Glikor”, „Sicura”, „Kiumar”, czy „Nasz Dom”. Co ciekawe, pułkownik Łada zataił przed Urzędem Kontroli Skarbowej fakt istnienie tego konta, ułatwiając tym samym przeprowadzenie operacji służących do dokonania wyłudzeń. Przeprowadzane transakcje uwiarygadniały przed bankami kooperujące z WAT firmy, co z kolei skutkowało zaciąganiem kolejnych kredytów, który nigdy nie zostały spłacone. Tylko na tej jednej operacji kooperujące z „Pro Civili” banki straciły ponad siedemdziesiąt dwa miliony złotych, z kolei na współpracy z „CUP WAT” tylko jeden oddział tylko jednego banku – IV oddział PKO BP w Warszawie - stracił kolejnych sto trzynaście milionów złotych. Przy takim poziomie defraudacji, rzecz jasna, trudno było zamieść sprawę pod dywan, więc, jak to zwykle w takich razach bywa, poświęcono najsłabsze ogniwo. W zamian za skompromitowanego pułkownika Janusza Ładę na stanowisko zastępcy komendanta Wojskowej Akademii Technicznej do spraw ekonomiczno - organizacyjnych oddelegowano pułkownika WSI, Romualda Miernika, byłego zastępcę dowódcy Oddziału 36 Zarządu III WSI, w którym powstał specjalny zespół operacyjny do spraw malwersacji na WAT.

W opinii policyjnych oficerów prowadzących śledztwo w sprawie „Pro Civili” pułkownik Miernik utrudniał im pracę, jak tylko mógł. Po objęciu urzędu regularnie meldował osobom zaangażowanym w działalność Fundacji o wszystkich posunięciach prokuratury i Urzędu Kontroli Skarbowej w sprawie śledztwa na WAT. Podejmował też kroki zmierzające do skierowania postępowania prokuratorskiego na boczne wątki.

W efekcie jego działań m.in. przeprowadzono przeszukanie u pułkownika rezerwy Krzysztofa Biernata, prezesa Centrum Innowacji i Technologii WAT. Pułkownik Biernat podjął szereg działań mających udowodnić bezzasadność dokonanego u niego przeszukania, włącznie z wykorzystaniem swoich politycznych koneksji. Informacja ta wywołała popłoch wśród prowadzących procedurę, powstało bowiem realne zagrożenie interwencji z zewnątrz i poprowadzenia śledztwa w sposób rzetelny. W ocenie kierownictwa „Pro Civili” uznano, iż – jak to ujęto w wewnętrznej notatce - „należy domniemywać, iż z przedmiotową sytuacją mogą wiązać się pewne naciski ze strony osób powiązanych z elitami rządzącymi. Spowodować one mogą określone reperkusje w śledztwie. O uzyskanych danych należy poinformować grupę operacyjną Zarządu III WSI oraz Prokuraturę Okręgową.”

Powyższa notatka, do której dotarli oficerowie CBŚ prowadzący śledztwo, dobrze obrazowała relacje Zarządu III WSI z Prokuraturą Okręgową w Warszawie prowadzącą śledztwo w sprawie malwersacji na WAT i stanowiła potwierdzenie, że prokuratura odgrywała podrzędną role względem WSI, które miały zadbać, by sprawa została wyciszona, a następnie umorzona. I tak też ostatecznie się stało.

Konkluzja była porażająca: przez siedem lat udawało się pozostawiać śledztwo na etapie postępowania przygotowawczego, w którym nie podjęto decyzji o postawieniu komukolwiek zarzutów. Gdy po tym czasie funkcjonariuszom „polskiego FBI” udało się odkryć wątki prowadzące do obnażenia mafijno - agenturalnej struktury, nieomal natychmiast - trzy miesiące po pierwszym meldunku oficerów CBŚ do Komendanta Głównego Policji o sukcesach w prowadzonym śledztwie - w Ministerstwie Obrony Narodowej zainicjowano działania prowadzące do zamknięcia prowadzonego przez policję śledztwa przeciwko „Pro Civili”. W celu zapobieżenia potencjalnemu niebezpieczeństwu szef WSI, generał Tadeusz Rusak, podjął otwartą walkę z organami ścigania żądając przekazania śledztwa w sprawie Fundacji Wojskowym Służbom Informacyjnym i zakazując policji podejmowania jakichkolwiek dalszych działań przeciwko „Pro Civili”. W liście do zastępcy komendanta głównego policji generał Rusak napisał między innymi: „Uprzejmie informuję Pana Komendanta, że z uwagi na względy operacyjne oraz proceduralne dalsze czynności – w stosunku do osoby rozpoznawanej – Wojskowe Służby Informacyjne będą realizowały we współdziałaniu z Urzędem Ochrony Państwa. Nadmieniam, iż Zarząd Kontrwywiadu I WSI nawiązał roboczy kontakt z podległymi Panu Komendantowi funkcjonariuszami Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną w celu wyjaśnienia sytuacji związanej z działalnością Fundacji „Pro Civili”.”

Po otrzymaniu pisma tej treści i „konsultacjach” policja została zmuszona do odstąpienia od wszelkich działań dotyczących „Pro Civili” oraz „Planete”- klubu mafii pruszkowskiej prowadzonego przez Jarosława Sokołowskiego pseudonim „Masa” - i to mimo, że sprawa była rozwojowa, a zgromadzony materiał bardzo szczegółowy. Doszło do tego, choć na gruncie prawa nie istniała żadna możliwość, by generał Tadeusz Rusak mógł wydawać Komendantowi Głównemu Policji polecenia, a ten - by się do nich stosować. A jednak w obu przypadkach tak się dokładnie stało.

Dopięte do akt analizy wskazywały, że interwencja w postaci przywołanych w piśmie „konsultacji” musiała odbyć się za poziomie ministerialnym - Ministra Obrony Narodowej oraz Ministra Spraw Wewnętrznych…

Czytelników zainteresowanych ciągiem dalszym tej historii uprzejmie zapraszam na dzisiejszą (środa 22 kwietnia) premierę książki pt. „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego, która odbędzie się o godzinie 18 00 w „Dobrym miejscu” przy ulicy Dewajtis 3 w Warszawie. Wstęp wolny.

Wojciech Sumliński