Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji  
”Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie...” - ksiądz Stanisław Małkowski, przyjaciel Błogosławionego Księdza Jerzego nie jest odosobniony w śpiewaniu pieśni ”Boże coś Polskę” z taką właśnie frazą, tłumacząc, że falsyfikaty zastąpiły wartości, a patologia normę. Czy mamy dziś wolną Polskę?

Komorowski, Tusk, ABW, czyli – z mocy bezprawia

Mylą się dziennikarze, którzy twierdzą, że próba odebrania komputerów dziennikarzom „Wprost”, to pierwsza taka quasi bandycka akcja w III RP, prokuratury i funkcjonariuszy ABW. W 2008 roku, na samym początku rządów Donalda Tuska, była już taka akcja - stanowiąca pokłosie tajemnych spotkań ówczesnego marszałka Sejmu, Bronisława Komorowskiego, z dwoma oficerami służb tajnych…

13 maja 2008 roku punktualnie o godzinie 6 00 rano u drzwi mojego mieszkania na warszawskich Bielanach rozległ się dzwonek. Dwie poprzednie noce spałem krótko, ponieważ spędziłem je na pisaniu końcowych sekwencji książki o operacjach inwigilacyjnych służb specjalnych PRL. A jednak wystarczył jeden dzwonek, bym mimo zmęczenia obudził się natychmiast. Był to na tyle delikatny dźwięk, że w tym stanie zmęczenia i permanentnego braku snu nie miałbym prawa go usłyszeć, a jednak dźwięk ten wydał mi się głośniejszy niż uderzenia kościelnego dzwonu. Instynkt samozachowawczy, przeczucie niebezpieczeństwa? Wyrwany z krótkiego snu poderwałem się i przez pięć a może dziesięć sekund stałem nieruchomo. Żona Lota nie mogłaby się ze mną równać, lecz zaraz cicho jak kot, podszedłem do drzwi. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: „Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać”. Początkowo było ich ośmiu. Uzbrojeni, ale bez mundurów i oznakowanych kamizelek. Krótko i rzeczowo poinformowali mnie, że od tego momentu przechodzę pod ich „opiekę” i jestem zatrzymany. Poprosili bym stanął w jednym miejscu i nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza, który na najbliższych kilkanaście godzin stał się moim cieniem. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszna, gdyby nie była groźna i tragiczna zarazem. Powoli, po pierwszym szoku, odzyskiwałem równowagę. Jak długo to trwało? Może kilka minut, może kilkanaście. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z nich. W tym czasie trwało już metodyczne przeszukanie mojego mieszkania. Jeden z funkcjonariuszy usiadł przy odtwarzaczu video i rozpoczął oglądanie kaset VHS, sekwencja po sekwencji, kaseta po kasecie. Drugi to samo robił z płytami DVD. W tym czasie kolejni funkcjonariusze penetrowali mieszkanie – książki, ubrania, rzeczy dzieci – jeszcze inni skanowali karty telefoniczne. Mój zawód sprawia, że często słyszałem, rozmawiałem, pisałem, a nawet uczestniczyłem – nieformalnie, jako obserwator – w rozmaitych akcjach policji i służb specjalnych, jednak jeszcze nigdy nie spotkałem się z przeszukaniem prowadzonym tak metodycznie. W pewnym momencie w moim sześćdziesięciometrowym mieszkaniu znajdowało się dwunastu funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, z których każdy zajmował się inną czynnością.

Po kilkudziesięciu minutach dowodzący akcją oficer ABW w stopniu kapitana, zażądał wydania wszystkich znajdujących się w mieszkaniu dokumentów. Zwróciłem im uwagę, że są to dokumenty dziennikarskie, ale nie miało to dla nich najmniejszego znaczenia. Mimo moich protestów funkcjonariusze ABW zabrali mi wszystkie dokumenty – w tym zeznania świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego pseudonim „Masa”, do niedawna najbardziej tajne akta w Polsce oraz tajne materiały ze śledztwa prowadzonego w sprawie zamordowania Księdza Jerzego Popiełuszki. To był ostatni raz, kiedy je widziałem. Zapakowano je do metalowych skrzyń, wraz z kilkunastoma tysiącami stron dokumentów - które jako dziennikarz zbierałem przez kilkanaście lat - trzema komputerami, jednym stacjonarnym i dwoma laptopami, których używałem wyłącznie do pracy dziennikarskiej, kilkuset płytami kasetami, CD i innymi nośnikami elektronicznymi służącymi mi do pracy dziennikarskiej. Wraz nimi przepadła znajdująca się na ukończeniu książka o operacjach służb specjalnych PRL, nad którą pracowałem od ponad roku i w której miały się znaleźć m.in. niepublikowane nigdy dotąd szczegóły tajnych operacji służb specjalnych PRL. Wraz z książką, która jeszcze przed wakacjami miała trafić do księgarń, wyniesiono z mojego mieszkania materiały zbierane do kolejnej książki, o Wojskowych Służbach Informacyjnych. Wszystkie te dokumenty i urządzenia stanowiły jedynie fragment informacji, do których wgląd uzyskali funkcjonariusze ABW. W moich komputerach były bowiem informacje, po włamaniu do których - jak się okazało – funkcjonariusze ABW poznali dane niektórych moich informatorów i szereg innych danych objętych tajemnicą dziennikarską.

Opisane tu wydarzenia były pokłosiem tajemnych spotkań (i wynikającej z nich prowokacji, której celem była Komisja Weryfikacyjna WSI) ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, który „kuglował” z dwoma oficerami służb tajnych rozmawiając z nimi o tym, jak by tu wspólnie popełnić przestępstwo, bo do tego sprowadzała się próba nielegalnego, sprzecznego z prawem, zdobycia Aneksu do raportu WSI – i zapewne dlatego prorządowe media „nie zauważyły”, że już wówczas, za rządów PO, służby specjalne za nic miały wolność słowa.

Ani Bronisław Komorowski, którego para przestępcze rozmowy z oficerami WSI zapoczątkowały cała tę prowokację, ani prokuratorzy Jolanta Mamej i Andrzej Michalski, którzy wydali polecenie przeszukania i zrabowania całego dorobku dziennikarza Telewizji Polskiej - którym wtenczas byłem - oraz operacji łamiącej prawo i tajemnicę dziennikarską, ani Krzysztof Bondaryk, który nadzorował operację ABW, w wyniku której bezprawnie zabrano mi komputery zawierające szereg tajemnic dziennikarskich – nigdy nie ponieśli za te działania najmniejszych nawet konsekwencji.

Od opisanych tu wydarzeń minęło sześć lat. I choć żaden ze zrabowanych mi przez ABW dokumentów nie miał nic wspólnego z zarzutem, które mi podstawiono - rzekomą płatną protekcją – dokumentów, ani tych dotyczących tajemnicy śmierci Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki, ani tych dotyczących tajnych akt „Masy”, ani tych opisujących przestępcze działania WSI, ani żadnych innych, nigdy mi nie zwrócono.