Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji

 

Z mocy bezprawia. Thriller, który napisało życie, Warszawa: Fronda PL 2011

Z MOCY BEZPRAWIA. THRILLER, KTÓRY NAPISAŁO ŻYCIE, to opowieść o wielomiesięcznej inwigilacji przez służby specjalne III RP dziennikarza śledczego Wojciecha Sumlińskiego, jego bliskich i przyjaciół. Autor bez ogródek odsłania sieć mafijnych interesów z udziałem najważniejszych osób w państwie, pisze o wielkich korporacjach i fundacjach, których jedynym celem było wyłudzenie z kasy publicznej setek milionów złotych, o rosyjskich i ukraińskich zabójcach, którzy za miejsce swych spotkań obrali polski Sejm, o tajnych interesach ludzi Wojskowej Służby Informacyjnej i o ich wpływie na losy poszczególnych osób i całego kraju. Przy okazji Sumliński ujawnia prawie nikomu nieznane kulisy najgłośniejszej a zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni politycznej PRL – zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki.”

Tytuł:
"Z mocy bezprawia"
Autor:
Wojciech Sumliński
Wydawca:
Wydawnictwo FRONDA
Okładka:
miękka
Ilość stron:
400
ISBN:
978 – 83 – 62268 – 28 – 03
Data premiery:
19 września 2011

Fragment nr 1

Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Uzbrojeni, ale bez mundurów i oznakowanych kamizelek. Krótko i rzeczowo poinformowali mnie, że od tego momentu przechodzę pod ich „opiekę” i jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI spółce Agora, wydawcy Gazety Wyborczej. Poprosili bym stanął w jednym miejscu i nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem czynności. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza, który na najbliższych kilkanaście godzin stał się moim cieniem. Nie oddalałem się. Byli rzeczowi, profesjonalni i na swój sposób uprzejmi. Mimo to zajęło mi jakiś czas, aby dojść do siebie na tyle, żeby móc odpowiadać na pytania. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Powoli odzyskiwałem równowagę po pierwszym szoku. Jak długo to trwało? Może kilka minut, może kilkanaście. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji… W tym czasie trwało już metodyczne przeszukanie. Jeden z funkcjonariuszy usiadł przy odtwarzaczu video i rozpoczął oglądanie kaset VHS, sekwencja po sekwencji, kaseta po kasecie. Do wieczora zajmował się tylko tym, niczym innym. Drugi to samo robił z płytami DVD. „Kolumbowie” czy  „Misja” – bez znaczenia, klatka po klatce, sekwencja po sekwencji. Także w tym przypadku zajęcie pochłonęło go bez reszty. W tym czasie kolejni funkcjonariusze penetrowali mieszkanie – książki, ubrania, rzeczy dzieci –  jeszcze inni skanowali karty telefoniczne bądź szukając tajnego Aneksu ostukiwali ściany, centymetr po centymetrze. Mój zawód sprawia, że często słyszałem, rozmawiałem, pisałem, a nawet uczestniczyłem – nieformalnie, jako obserwator – w rozmaitych akcjach policji i służb specjalnych, jednak jeszcze nigdy nie spotkałem się z przeszukaniem prowadzonym tak dokładnie i metodycznie. Równolegle, jak dowiedziałem się później, podobnie szczegółowe przeszukania trwały w warszawskim mieszkaniu mojego ojca i mieszkaniu teściów w Białej Podlaskiej. Szczegółowe do tego stopnia, że w tym ostatnim próbowano spuścić wodę z akwarium. W pewnym momencie w moim sześćdziesięciometrowym mieszkaniu znajdowało się dwunastu funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, z których każdy zajmował się inną czynnością. Po kilkudziesięciu minutach człowiek z hiszpańską bródką, jak się później okazało, dowodzący akcją oficer ABW w stopniu kapitana, poprosił mnie o wydanie wszystkich znajdujących się w mieszkaniu dokumentów. Zwracając uwagę, że są to dokumenty dziennikarskie, wydałem między innymi zeznania świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego pseudonim „Masa”, do niedawna najbardziej tajne akta w Polsce oraz tajne materiały ze śledztwa prowadzonego w sprawie zamordowania Księdza Jerzego Popiełuszki. To był ostatni raz, kiedy je widziałem. Zapakowano je do metalowych skrzyń, wraz z kilkunastoma tysiącami stron dokumentów, trzema komputerami, kilkuset płytami DVD, CD, kasetami VHS i innymi nośnikami elektronicznymi, notesami, nawet tymi z zapiskami z dawno minionych czasów studenckich. Wraz nimi przepadła znajdująca się na ukończeniu książka o operacjach służb specjalnych PRL, nad którą pracowałem od ponad roku i w której miały się znaleźć m.in. niepublikowane nigdy dotąd szczegóły tajnych operacji służb specjalnych PRL.  Wraz z książką, która jeszcze przed wakacjami miała trafić do księgarń, wyniesiono z mojego mieszkania materiały zbierane do kolejnej książki, o Wojskowych Służbach Informacyjnych.

Fragment nr 2

Anonimowy informator, którego nazwiska Witkowski nie poznał nigdy, dotrzymał słowa. Kilka dni po tym spotkaniu dostarczył Witkowskiemu informacji pozwalających na odnalezienie ściśle tajnych dokumentów znajdujących się w zasobach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Potwierdziły one prawdomówność informatora. Okazało się, że istotnie już od 15 września 1984 czterej funkcjonariusze MSW skazani później w Procesie Toruńskim zostali objęci obserwacją Wojskowych Służb Wewnętrznych. Obserwacja ta była realizowana także tragicznego wieczora 19 października 1984 roku. Andrzej Witkowski rozumiał, że już tylko odkrycie tego jednego faktu powinno spowodować rewizje ustaleń procesu toruńskiego. Miał przed sobą tylko dwie możliwości: albo wszystko to, co stało się 19 października 1984 roku było reżyserowaną przez kogoś misterną grą, albo też ktoś wydał rozkaz obserwacji czterech oficerów SB w oparciu o niezwykłą intuicję pozwalającą przewidzieć, iż to właśnie oni zasiądą na ławie oskarżonych w procesie o zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. Absurdalność drugiej hipotezy nie wymagała komentarza. Prokuratorowi zostało zatem skoncentrowanie się na pierwszej i uzyskanie odpowiedzi na najważniejsze pytanie: kto był reżyserem tej wielkiej gry? Miało mu w tym pomóc przesłuchanie sześciu nieznanych dotąd nikomu świadków zbrodni – funkcjonariuszy WSW.  Tych sześciu  świadków było pracownikami byłych Wojskowych Służb Wewnętrznych z Bydgoszczy. W 1991 roku służyli w tamtejszych Wojskowych Służbach Informacyjnych. Witkowski wiedział, że czeka go ciężkie zadanie, ale był zdeterminowani. 21 listopada 1991 roku prokurator Andrzej Witkowski w towarzystwie kilku innych prokuratorów oraz policjantów wkroczył do siedziby Wojskowych Służb Informacyjnych w Bydgoszczy. Rozpoczęte niemal w samo południe 21 listopada 1991 roku przesłuchanie sześciu świadków zbrodni zakończyło się późnym wieczorem, ale nie przyniosło wyraźnych efektów. Funkcjonariusze WSI, pięciu mężczyzn i jedna kobieta, milczeli bądź udzielali zdawkowych, wymijających odpowiedzi. A jednak mimo to przesłuchujący byli zadowoleni. Powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że troje funkcjonariuszy WSI pod koniec przesłuchania wyraźnie „miękło”. W zgodnej opinii prokuratora Witkowskiego i jego współpracowników następne przesłuchanie, już w Warszawie, miało przynieść przełom. Stało się inaczej. W przededniu drugiego przesłuchania Andrzej Witkowski został wezwany do Ministerstwa Sprawiedliwości na naradę. Spotkanie nie trwało długo i ograniczyło się do przekazania prokuratorowi informacji, że jego rola jako prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki została zakończona. Do drugiego przesłuchania sześciu oficerów WSI, którzy byli świadkami uprowadzenia kapelana „Solidarności” i najprawdopodobniej znają prawdę o rzeczywistych okolicznościach tej zbrodni, nie doszło do dziś. Po wymuszeniu rezygnacji prokuratora Andrzeja Witkowskiego w dniu 3 grudnia 1991 roku, śledztwo zostało skazane na zapomnienie. Oficjalnie sprawa była kontynuowana, ale rozbita na szereg mniejszych śledztw i ograniczająca się do postawienia przed sądem dwóch decydentów średniego szczebla – generałów Ciastonia i Płatka. Sprawa  zakończyła się zgodnie z przewidywaniami Witkowskiego kompletną porażką. Generałów uniewinniono, a zagadka śmierci księdza Jerzego na blisko dziesięć lat stanęła w martwym punkcie. Śledztwo prowadzone przez prokuratora Witkowskiego i jego współpracowników przerwano w momencie, w którym nabierało największej dynamiki. Tym samym bezpowrotnie stracono najlepszy czas na wyjaśnienie wszystkich okoliczności zamordowania kapelana Solidarności. Nie darowano też samemu Witkowskiemu. Po wymuszonej rezygnacji usiłowano wyrobić mu image fantasty i szaleńca. Spełniła się tym samym przepowiednia jednego z informatorów: jeżeli nie można podważyć ustaleń śledztwa, zawsze można próbować zdyskredytować ich autora. Szansa na wskazanie wszystkich winnych tej zbrodni i ujawnienie o niej prawdy pojawiła się jeszcze raz, w roku 2004. W październiku tego roku, związku z 20 rocznicą śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, prokurator Andrzej Witkowski – któremu dwa lata wcześniej, po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej, przywrócono tę sprawę – opracował komunikat prasowy. Jego treść zamierzał przekazać mediom na specjalnej konferencji prasowej. Wkrótce potem planowano postawić w stan oskarżenia kilkanaście  osób- na ławie oskarżonych mieli zasiąść m.in. generał Czesław Kiszczak i Waldemar Chrostowski. Stało się inaczej. 14 października 2004 roku, niemal w samą 20 rocznicę zbrodni – kilka dni po otrzymaniu przez kierownictwo IPN informacji o wynikach śledztwa i jego konsekwencjach, profesor Witold Kulesza ogłosił, że misja Andrzeja Witkowskiego, jako prokuratora prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Jerzego została zakończona. Być może ktoś uważany powszechnie za autorytet moralny, na kogo ktoś inny dysponował środkiem nacisku, przekazał profesorowi jakąś nieprawdziwą, rzekomo dyskredytującą  prokuratora informację. Być może ktoś inny, powszechnie szanowany i ceniony, zasugerował szkodliwość obranego przez prokuratora kierunku. Przyczyny tej decyzji prawdopodobnie na zawsze pozostaną tajemnicą.  Zważywszy jednak na bilans prokuratora Witkowskiego – same zwycięstwa i ani jednej procesowej porażki przez 30 lat prokuratorskiej służby – była to decyzja zdumiewająca. Śledztwo dotyczące zbrodni na księdzu Jerzym było jedynym, którego nie dane mu było dokończyć. W efekcie doprowadzono do paradoksalnej sytuacji: choć powszechnie wiadomo, że w trakcie procesu toruńskiego nie ustalono prawdy o zbrodni, zaś sam proces był pierwszym polskim reality show, tym niemniej przedstawiona tam wersja zdarzeń obowiązuje po dziś dzień.  Jak wyjaśnić ten paradoks?

Fragment nr 3

Zastanawiało mnie, dlaczego mojemu informatorowi, tudzież ludziom stojącym za nim tak zależało, by materiał ukazał się w poniedziałek. Rozpatrywałem różne koncepcje, nawet te najbardziej irracjonalne, ostatecznie jednak dałem sobie spokój. Powodów mogło być tak wiele, że zastanawianie się nad nimi zwyczajnie nie miało sensu. „Koniec końców moja rola polega na zebraniu informacji prawdziwych i ważnych z punktu widzenia opinii publicznej, nie na rozważaniu motywacji informatorów” – przypomniałem sobie zasadę, która legła u podstaw współpracy z Lichodzkim i innymi informatorami. A o ewentualnej publikacji zdjęć i tak miało zdecydować kierownictwo „Wprost”, więc to nie mój ból głowy – skonstatowałem.  Nie dziwiło mnie natomiast wcale, że adwokat Dochnala kooperował z ludźmi służb specjalnych i posługiwał się materiałami uzyskanymi od klienta, niczym własnymi. Znałem dobrze „Kicińskich” tego świata. Byłem w branży dość długo, by wiedzieć, że dla służb specjalnych na całym świecie adwokaci są równie cenną agenturą, jak dziennikarze. To prawda starsza od samego grzechu. I dwa razy bardziej złowroga. Połączenie szantażu, pieniędzy, niekiedy groźby złamania kariery lub nawet więzienia sprawiało, że na współpracę z ABW lub WSI decydowało się wiele osób, także  kolegów z branży – których nazwiska znają wszyscy dziennikarze śledczy, ale publicznie z wielu względów nie wymieni ich nikt – także adwokatów. Chyba od nikogo nie dostałem tak wielu informacji o interesujących mnie przestępcach, co od ich adwokatów… Zaparkowałem samochód na zazwyczaj pełnym parkingu, wysiadłem i popędziłem do redakcji. Poszedłem prosto do gabinetu Marka Króla, naczelnego „Wprost”, ale nie było go u siebie. Wychodząc wpadłem na Staszka Janeckiego, jednego z zastępców naczelnego. Pokazałem mu zdjęcie i powiedziałem, skąd dostaniemy jeszcze kilka takich fotek. Był oszołomiony.  – Na najbliższy numer przygotowywaliśmy już tekst na ten temat, ale te zdjęcia są stokroć ważniejsze od tekstu. Bez dwóch zdań wchodzimy w to – rzucił krótko. Jeszcze  tego samego dnia pojechałem do umiejscowionej blisko Belwederu kancelarii mecenasa Dochnala, z którym przed laty miałem styczność, jako rzecznikiem Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Porozmawialiśmy, jak starzy dobrzy znajomi o starych dobrych czasach, gdy on był twarzą warszawskiej prokuratury, zaś ja naiwnym dziennikarzem wierzącym, że świat ma wyłącznie tonację biało – czarną… Z kancelarii wyjechałem po godzinie dwudziestej, bogatszy o kilka zdjęć i notatniki Marka Dochnala na dokładkę. Taki  prezent ekstra. Piątek zszedł na analizie wiarygodności zdjęć i przekazującego je pośrednika. Staszek uparł się, by w mojej obecności porozmawiać z mecenasem Kicińskim. – Nie możemy sobie pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę. To gra o najwyższą stawkę – tłumaczył. Kiciński zgodził się na spotkanie. Obydwa testy – analiza zdjęć i „trójkowa” rozmowa z adwokatem – przebiegły pomyślnie…. Materiał poświęcony Aleksandrowi Kwaśniewskiemu opatrzony wielokroć ważniejszymi od tekstu zdjęciami ukazał się w poniedziałkowy ranek, a już kilka godzin później przerażony prezydent zwołał konferencję prasową. Nazwał „Wprost: ubeckim tygodnikiem i odmówił stawienia się przed Sejmową komisją Śledczą ds. PKN Orlen. – Mógłbym tam pójść, by zaśpiewać i zatańczyć, tylko po co? – spuentował. Paniczna reakcja Kwaśniewskiego na publikacje zdjęć demaskujących jego po wielokroć powtarzane kłamstwa była dla wszystkich zaskoczeniem. Po raz pierwszy prezydent tak jawnie postawił się ponad innymi obywatelami mówiąc: – Róbcie co chcecie, nie będę zeznawał i koniec. Większość mediów analizowała przyczyny tak ostrej reakcji Kwaśniewskiego, mnie tymczasem do głowy przyszła inna myśl: co by było gdyby prezydent stanął przed Sejmową Komisja Śledczą, powtórzył pod przysięgą zapewnienia dotyczące nieznajomości z Dochnalem, które wcześniej po wielokroć wypowiadał w mediach i dopiero po tym zdjęcia opublikowane we „Wprost” ujrzałyby światło dzienne? Prezydent na oczach całej Polski – bo przecież posiedzenia Komisji były transmitowane na żywo – popełniłby jawne przestępstwo. Co byłoby dalej? Impeachment? Trybunał stanu? Do tego jednak nie doszło, bo komuś zależało na wywołaniu reakcji łańcuchowej, która co prawda wprowadziła Kwaśniewskiego w stan przerażenia, ale de facto uratowała mu skórę. Dlaczego rozegrano to właśnie w ten, a nie inny, sposób? Kto i po co wymyślił taki szatański, „wielopiętrowy”, plan? Jaką rolę w tej grze odegrał Aleksander Lichodzki? Nigdy nie poznałem odpowiedzi na te pytania, ale jedno w tej historii nie ulegało dla mnie wątpliwości: miałem do czynienia ze znakomicie zorganizowanymi zawodowcami, przy których byłem zwyczajnym harcerzem. Przy współudziale mojego informatora po mistrzowsku wykorzystali i mnie i „Wprost”.  Przypomniałem sobie słowa mojego mentora: jeśli coś tracisz, nie trać tej lekcji. Powinienem był zapamiętać je uważnie, dużo uważniej, niż to zrobiłem. Czy jednak mogłem przewidzieć, że za utratę tej i kilku innych lekcji przyjdzie mi zapłacić tak wysoka cenę?

Fragment nr 4

Na pierwszej rozprawie, przy niemal pustej sali, zeznawał Aleksander Lichodzki. Mówił niechętnie, plątał się w zeznaniach, bo chciał zadowolić prokuraturę i obciążyć mnie, a nie bardzo wiedział jak. Ostatecznie – ciągnięty za język – opowiedział niezwykle interesujące rzeczy. O tym, że natychmiast po powstaniu Komisji Weryfikacyjnej WSI kierowanej przez Antoniego Macierewicza, wczesną jesienią 2006 roku, Leszek Tobisz rozpoczął pracę nad dotarciem do przewodniczącego Macierewicza tak, by znaleźć się w kręgu jego zaufania. Dlatego podjął próbę dotarcia do Macierewicza od strony najbardziej wiarygodnej – przez Kościół. W tym celu skontaktował się z Marianem Cyplem, dobrym znajomym kilku biskupów, na którego naciskał żądając zaprotegowania u biskupa Antoniego Dydycza, by z kolei następnie ten zaprotegował go u Antoniego Macierewicza, jako człowieka godnego najwyższego zaufania. Gdy mimo nacisków Cypel ostatecznie odmówił, po miesiącu Tobisz powrócił i zażądał przedstawienia go jako osoby godnej zaufania  przed biskupem …Głódziem. Także tego żądania Cypel nie spełnił. W efekcie po kilkutygodniowych nieskutecznych próbach Tobisz odpuścił ten „kanał”, ale nie odpuścił sprawy i nagabywał na tzw. „mieście” inne osoby dociekając, jak można dotrzeć do Komisji kierowanej przez Macierewicza. Innymi słowy niemal natychmiast po powstaniu Komisji Weryfikacyjnej WSI pułkownik Leszek Tobisz – który w WSI zajmował się inwigilacją Kościoła Katolickiego i był z ramienia tej służby oficerem prowadzącym przejętego od niemieckiej Stasi Biskupa Poetza – za wszelką cenę usiłował zbliżyć się do Macierewicza i wykazywał w tym względzie niespożytą determinację. Do Komisji chciał zbliżyć się w sposób niezwykle przebiegły – od strony gwarantującej największe zaufanie, za pośrednictwem kościelnych hierarchów. Po co to robił? Biorąc pod uwagę, czym zajmował się wcześniej i kim był, najprawdopodobniej po to, by po wejściu w krąg zaufania Macierewicza rozsadzić Komisję Weryfikacyjną od środka lub skompromitować ją w jakikolwiek sposób. Świadczyć o tym mógłby choćby fakt, że gdy w końcu udało mu się umówić na spotkanie z Macierewiczem – do którego dotarł jakimś innym „kanałem” – poszedł na nie wyposażony w najwyższej klasy sprzęt nagrywający, którego nie wykryły nawet „bramki” w siedzibie Komisji i całą rozmowę nagrał. „Gra” Tobisza pokazała, że inicjatywa w wydarzeniach, które przerodziły się w tzw. Aferę Marszałkową i ciąg tragicznych dla mnie wydarzeń, zrodziła się w WSI. I to natychmiast po tym, jak Komisja Weryfikacyjna WSI powstała…

Fragment nr 5

„Kolejni przyjaciele Lichodzkiego, z którymi mnie poznał jak generał brygady Mirosław Gawor, szef Biura Ochrony Rządu za czasów AWS, Małgorzata Wierchowicz czy Marian Cypel, nigdy nie zostali moimi informatorami (i tylko dlatego wolno mi tu o nich opowiedzieć) choć przez pewien czas zanosiło się, że będę dla mnie źródłem lukratywnej wiedzy. Zamiary te nieodwołalnie pożegnałem 13 maja 2008 roku, wraz z najazdem na mój dom funkcjonariuszy „Abwhery”…

Zwłaszcza dwa ostatnie nazwiska, Małgorzaty Wierchowicz i Mariana Cypla, jako nazwiska potencjalnych informatorów podwyższyłyby poziom adrenaliny każdego dziennikarza śledczego. Moje pierwsze spotkanie z Małgorzatą Wierchowicz szefową grupy „Generał” prowadzącej śledztwo w sprawie zabójstwa generała Marka Papały, odbyło się w Komendzie Głównej Policji. Odbyło się za pośrednictwem i w obecności Olka. Byłem ciekaw, w jakim celu zostałem zaproszony. Pytany o to kilkakrotnie pułkownik zbywał mnie naprędce, ale jednocześnie intrygował.

– Pani Małgosia chciałaby cię poznać. To bardzo sensowna babka. Przyjdź, nie pożałujesz.

I tyle.

To było dziwne spotkanie. Zanim zdążyłem zapukać, drzwi otworzyła nam postawna kobieta o wyrazistym spojrzeniu i mocnym uścisku dłoni. Już na tym pierwszym spotkaniu przegadaliśmy kilka godzin. Widzieliśmy się po raz pierwszy w życiu, a rozmawialiśmy o relacjach rodzinnych, jak starzy znajomi. O moich i jej córkach, o życiu, o niuansach zawodu dziennikarza i policjanta. Sympatyczne spotkanie i same ogólniki. Lichodzki, obecny na spotkaniu od pierwszej do ostatniej minuty, w zasadzie się nie odzywał. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że od momentu mojego wejścia do pokoju „pani Małgosi” wszystko było wyreżyserowanym spektaklem. A może się mylę? Może było to po prostu dobrze rokujące spotkanie bez podtekstów?

Jeszcze dziwniejsze było kolejne spotkanie, do którego doszło na kilka tygodni przed moim zatrzymaniem, wczesną wiosną 2008 roku. Szefowa grupy „Generał” przyjechała do mojego mieszkania na warszawskich Bielanach. Oczywiście z Olkiem Lichodzkim. Sprawiała wrażenie onieśmielonej.

Po przeszło dwugodzinnej rozmowie o niczym,  przeszła do konkretów.

– Nadchodzi taki moment, kiedy chce się wszystko podsumować i dokończyć to, co niedokończone.
– Co pani ma na myśli?
– Dziennikarze mają swoje informacje, my mamy swoje. Czasami taka wymiana informacji, oczywiście w ramach obowiązującego prawa i etyki, może być korzystna dla obu stron.
– To propozycja?
– Zwykłe stwierdzenie. Kilku pańskich kolegów mogłoby to panu wytłumaczyć dokładniej. Proszę popytać, a powiedzą panu, o czym konkretnie mówię. A tak na marginesie – słyszałam od pana Aleksandra, że pan zna Sylwestra Latkowskiego?
– Znam.
– Pan wie, że był ścigany za podwójne zabójstwo w Szczecinie i że dotąd ta sprawa nie została zamknięta.
– Z tego co wiem, formalnie udowodniono mu ściąganie haraczy z rosyjskimi rekieterami, ale podejrzenie o zabójstwo nie potwierdziło się. Swoje zresztą odsiedział i przed dziesięciu laty zaczął nowe życie.
– Powiedziałam tylko, że sprawa nie jest zamknięta. Jeżeli będzie pan miał ochotę, chciałabym z panem jeszcze kiedyś o tym wątku porozmawiać. To mogłaby być interesująca rozmowa.

Nie rozumiałem tej wizyty, ani poruszanego w niej wątku Sylwestra Latkowskiego. Poznałem go przed ponad dziesięciu laty, gdy ścigany przez Interpol po całej Europie zgłosił się do redakcji Życia na mój dyżur redakcyjny, by złożyć spowiedź nomen omen życia. Po dwóch tygodniach monologu na jego prośbę odprowadziłem go do siedziby Prokuratury Apelacyjnej na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie na moich oczach zakuto go w kajdanki, a następnie  przetransportowano do aresztu. Tę dramatyczną historię opisałem w dwukolumnowym reportażu w Życiu w sierpniu 1998 roku. Sylwester odsiedział w więzieniu blisko trzy lata, a następnie zaczął nowe życie. Dlaczego szefowa grupy „Generał” wróciła do tej historii akurat teraz? Co się za tym kryje? Pytań w tej sprawie, podobnie jak w kilku  innych, miałem więcej, niż odpowiedzi.

Nie zmieniło to w niczym faktu, że z tą nowo zawiązaną  policyjną znajomością – zawiązywaną dzięki Olkowi – wiązałem duże nadzieje na przyszłość. Równie duże, a może nawet większe, wiązałem z jego kolejnym znajomym, Marianem Cyplem.

Zaczęło się pod koniec 2007 roku, od uroczystości –  chyba były to urodziny –  biskupa Antoniego Dydycza, który najwidoczniej lubił Zaborek równie mocno jak ja. Na imprezę przybyło blisko sto osób, spośród których osobiście znałem kilkanaście.

W pewnym momencie podszedł do mnie obecny na uroczystości Olek.

– Mój przyjaciel bardzo chciałby cię poznać. Wziął mnie za ramię i podprowadził do starszego człowieka, w którym rozpoznałem znanego mi z widzenia samotnego wędrowca. Mógł mieć około osiemdziesięciu lat, ale miał wyprostowaną postawę i w ogóle trzymał się świetnie. Ubrany był w białą koszulkę i znoszony garnitur. Miał rzadkie, siwe włosy. Już z daleka wyciągał ku nam rękę.
– Mój Boże. Strasznie się cieszę, że mogę pana poznać panie Wojtku. Tyle o panu słyszałem. Olek, mój przyjaciel, mnóstwo mi o panu opowiadał. Ale zapomniałem się przedstawić. Marian Cypel, wój Arka Okonia.
– Dzień dobry. Wojciech Sumliński, miło mi pana poznać. Ja też dużo o panu słyszałem i nawet często pana tu widywałem, ale jakoś nigdy dotąd nie dane nam było się poznać.

Wyszliśmy na zewnątrz i poszliśmy na krótki spacer ścieżką biegnącą wzdłuż przylegającego do budynku jeziora.
– Olek mi mówił , że często bywa pan w Zaborku.
– Jeżeli kilka razy do roku to często, to i owszem. Cudowne miejsce, prawdziwa oaza, nieporównywalna z niczym w bliższej i dalszej okolicy. Kiedy tylko mamy okazję, przyjeżdżamy tu całą rodziną.
– Jak pan będzie tu nawet przejazdem, proszę do mnie zajrzeć. Przyjaciele Olka są moimi przyjaciółmi. I proszę się tu czuć, jak u siebie w domu.
– Bardzo panu dziękuję za te słowa i zaproszenie. Jeśli tylko będzie okazja, a myślę, że będzie, z przyjemnością skorzystam z zaproszenia i chętnie pana odwiedzę.
– Świetnie. To świetnie. Naprawdę bardzo się cieszę. Może kropelkę czegoś mocniejszego.
– To bardzo uprzejmie z pana strony, ale dziękuję. Jestem samochodem i niedługo będę musiał wracać.

Towarzyszący nam Olek zachowywał się tak, jakby mięśnie policzkowe służyły mu tylko do zachowywania kamiennej miny, bo przez cały ten czas nawet nie mrugnął. W tym jednak momencie zareagował.

– Może bez tego całego pieprzonego savoir vivo – u. Mówcie ludzką mową. To jest Marian Cypel, dla przyjaciół „Hrabia”, a to jest Wojtek Sumliński, mój dobry kolega.

Nieco zaskoczony, bo w ten sposób Olek przedstawiał mnie po raz pierwszy, nie wiedziałem, co odpowiedzieć, ale Marian Cypel roześmiał się serdecznie.

– Racja, niepotrzebne to „ę” i „ą” . No cóż panie Wojtku, choć to nie moja uroczystość, wzywają mnie obowiązki gospodarza. A zatem niech pan pamięta, żeby tu do mnie kiedyś zajrzeć. Pogawędzimy sobie.

Czym prędzej coś odpowiedziałem, ale zdaje się, ze nawet tego nie słyszał, bo  zgarniając po drodze szklankę z jakimś trunkiem pogalopował z powrotem do budynku, niczym zdychający z pragnienia wielbłąd do najbliższej oazy.

Tego wieczora już nie rozmawialiśmy, tym bardziej, że niedługo potem musiałem wracać do Białej Podlaskiej. Przed odjazdem poprosiłem jednak Olka o kilka zdań na temat tajemniczego gospodarza.

– To prawdziwy gigant. Były attache w Wiedniu, a w rzeczywistości … Pewnie się domyślasz.

W milczeniu skinąłem głową. Domyślałem się, że za „przykrywką” atache „Hrabia” wykonywał inne, tajne zadania.

– Na interesujące cię tematy mógłby gadać miesiącami. Mógłby, gdyby chciał. Ale spokojnie, spokojnie. Na wszystko przyjdzie czas.

W styczniu 2008 roku odwiedziłem Zaborek trzykrotnie. Nie będę udawał, że tym razem rodzinne wycieczki były tylko pretekstem do spotkania z „Hrabią”. Oczywiście mogłem zadzwonić, ale w planach prowadzonej przeze mnie gry spotkanie miało być przypadkowe, niejako „przy okazji”, a to wykluczało umawianie się przez telefon. Byłem zaintrygowany tym, co powiedział Olek, a moja wyobraźnia wyrabiała już nadgodziny i podpowiadała szereg nowych możliwości, jakie otwierał przede mną ten nowy kontakt. Wiedeń, miasto, w którym przez cały okres „zimnej wojny” krzyżowały się interesy służb specjalnych „Wschodu” i „Zachodu”, pole walki  agentów służb specjalnych z całego świata wydawał się stać przede mną otworem. Miałem jednak pecha, bowiem okazało się, że zastanie „Hrabiego” w domu graniczy z cudem. Okazja do kolejnej rozmowy nadarzyła się dopiero kilka tygodni później.

Idąc z żoną z Parku Saskiego na Starówkę, koło Grobu Nieznanego Żołnierza i dalej opodal „mleczarni” zauważyłem „Hrabiego” i Olka. Siedzieli przy stoliku usytuowanym tuż obok okna. Gdy tylko nas spostrzegli, zaczęli przyjaźnie machać rękoma. „Hrabia” wydawał się nie posiadać się ze szczęścia.

– Dobrze, że was widzę. Siadajcie, siadajcie.

Zapraszającym gestem wskazał nam krzesła.

– Zjecie coś, napijecie się z nami?

Zignorowaliśmy zaproszenie.

– Wpadliśmy na chwilkę. Tak naprawdę tylko się przywitać.
– Nie, nie, to niemożliwe. Jak już jesteście, musicie z nami chwile posiedzieć.

Zrezygnowany doszedłem do wniosku, że wyjście tak od razu byłoby niegrzeczne. Usiedliśmy.

– Dla mnie proszę late, a dla ciebie?

Pytanie było skierowane do mojej żony, Moniki.

– Dla mnie herbatę.

„Hrabia” skrzywił się jakbyśmy popełnili jakieś świętokradztwo, uniósł pytająco brwi i zerknął na nas bacznie.

– Naprawdę nie napijecie się czegoś mocniejszego ?
– Nie dziś. Zaparkowaliśmy tu niedaleko, no i pora zbyt wczesna. A poza tym tak zupełnie szczerze mamy dziś rocznice poznania i korzystając z tego, że dziadkowie zajęli się dziećmi, chcieliśmy spędzić ten dzień we dwoje.

Żona posłała mu najbardziej promienny uśmiech, z gatunku tych, jakim mnie rzadko obdarzała.

„ Hrabia ” także się uśmiechnął.

– Mam córkę mniej więcej w pani wieku, pani Moniko- powiedział bez związku.  – Mieszka w Stanach Zjednoczonych.

Wydawał się udobruchany. Gestem ręki przywołał kelnera i złożył zamówienie.

– No dobrze. Skoro to ma być wasz dzień, to nie będę was długo trzymał i od razu przejdę do rzeczy. Pewnie pan nie uwierzy panie Wojtku, ale właśnie o panu rozmawialiśmy. Olek mówił, że interesują pana fajne historie związane z Wiedniem. Mógłbym panu opowiedzieć mnóstwo rzeczy o Wiedniu i być może przyjdzie taki czas, że sobie o tym porozmawiamy, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz.

Patrzyłem, jak uśmiecha się do siebie, jakby przypomniał sobie jakąś zabawną historię.

– Dlaczego interesuje pana Wiedeń?
– Bo zakładam, że to miasto, to kopalnia tematów.
– Słusznie pan zakłada, ale są jeszcze inne miasta i inne kopalnie, nie mniej ciekawe, za to bardziej bezpieczne.
– Jakie na przykład?

„Hrabia” pociągnął spory łyk wina i spojrzał na mnie.

– Czy Olek panu mówił, że przyjaźniłem się z generałem Franco?

Kompletnie zaskoczony doszedłem do wniosku, że „Hrabia” może być prawdziwą skarbnicą tematów. Byłem u bram „dziennikarskiego raju”.

– Nie, nie mówił.

„Hrabia” spojrzał na Olka niemal z wyrzutem.

– „Wyrywałem się” do Hiszpanii tak często, jak pan „wyrywa się” z Białej Podlaskiej do Warszawy. Porozmawiamy o tym, być może nawet za kilka tygodni. Ale jeszcze nie teraz…

Wojciech Sumliński