Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji  

Z mocy nadziei. Thriller, który pisze życie...

Z Mocy nadziei to (po "Z mocy bezprawia") druga autobiograficzna powieść prześladowanego przez służby specjalne znanego dziennikarza śledczego, który odsłaniał sieć mafijnych interesów z udziałem najważniejszych osób w państwie i zapłacił za to wysoką cenę. W książce autor ukazuje również wątek śmierci bł. księdza Jerzego Popiełuszki, której badaniu poświęcił znaczną część swojego życia. To historia walki o prawdę i jednocześnie niezwykłej podróży w głąb siebie - historia, która wciąż trwa.

Zapraszam na fanpage'a na Facebook'u poświęconego tej właśnie książce - facebook.com/zmocynadziei

Tytuł:
Z mocy nadziei. Thriller, który pisze życie...
Autor:
Wojciech Sumliński
Wydawca:
Wojciech Sumliński Reporter
Okładka:
miękka
Ilość stron:
390
ISBN:
978-83-938942-0-8
Data premiery:
23 stycznia 2014

FRAGMENT NR 1: To było dawno temu. Czasami słyszę jeszcze głosy moich kolegów z dzieciństwa. Lasek na Kole w Warszawie był naszym polem bitewnym. Marzyliśmy o tym, by stać się mężczyznami, odważnymi, dzielnymi, honorowymi i - jak to dzieci - wierzyliśmy, że lepiej umrzeć, niż stracić twarz. Kiedy dorosłem, nie zapomniałem o marzeniach. Obiecałem sobie, że bez względu na to, co przyniesie los, moje dzieci zawsze będą ze mnie dumne. Nie przewidziałem tego, że nadejdzie czas próby, w której wiedzę trzeba będzie opłacić cierpieniem, więzieniem i nieomal – śmiercią. Moją opowieść zaczynam w szóstym roku od momentu aresztowania, szóstym roku walki z moim własnym krajem. Sześć lat mija od zapoczątkowania pod moim adresem oskarżeń, procesów, wezwań do prokuratur, czarnego PR, anonimowych maili i plotek, kontroli, zapaści finansowej, oszczerczych publikacji i w konsekwencji tego wszystkiego - upadku ducha rodziny. To wszystko stało się częścią mojego życia. Dość, by zniszczyć niejedno ludzkie życie, dość, by upaść i już nie powstać. Rozumie to ten, kto przeszedł podobną drogę – która niszczy lub kształtuje na zawsze. Każdego z nas, prędzej czy później, dotkną skrzydła tragedii. Czasem jest to śmierć bliskiej osoby, innym razem choroba lub fałszywe oskarżenie. W takiej chwili człowiek ma tylko dwa wyjścia: upaść lub dalej iść...

FRAGMENT NR 2 Dlaczego już w pierwszej chwili pomyślałem, że to było morderstwo? Oczywiście nie miałem na to żadnych dowodów, nic poza przeczuciem i kilkoma pozornie niezwiązanymi ze sobą wydarzeniami. Nic, co można by nazwać rzetelnym dziennikarstwem. Może to tylko moja wyobraźnia, może brak snu albo może objaw wypalenia? A jednak intuicyjnie czułem, że Leszka Tobisza zamordowano z zimną krwią, bez litości. Prawdopodobnie po to, by przeszkodzić mu mówić. Kiedy uświadomiłem to sobie, mimo woli przeszedł mnie dreszcz. Tobisz nie zdawał sobie sprawy, że tak skończy i naturalnie nigdy już nie zda sobie z niczego sprawy. Nie żałowałem go. Jestem człowiekiem, który popełnił wiele błędów, ale nie jestem hipokrytą i, niestety, nie nauczyłem się kochać nieprzyjaciół, jak Bóg tego pragnie. Jeśli komuś szczerze w życiu źle życzyłem, to był to właśnie pułkownik Leszek Tobisz. Nienawidziłem tego, co zrobił mojej rodzinie i wielu innym ludziom. Obrócił w ruinę los niejednego człowieka. Nie udaję, że wiem, jak się zostaje kimś takim, jak Tobisz. Nie zamierzam też udawać, że wiem, co kieruje postępowaniem tego typu ludzi, co ich napędza i motywuje do działania, co powoduje, że świadomie i z premedytacją niszczą ludzkie życie, a Bóg jeden wie, ile osób przez niego cierpiało. Był zaangażowany w szantaż na arcybiskupie Paetzu, w sprawę ojca Hejmo oraz nieudaną próbę zdyskredytowania biskupa Michalika, odnośnie którego próbował zdobyć informacje potwierdzające jego rzekomą współpracę z SB. Takimi działaniami pułkownik Leszek Tobisz parał się od lat, niszcząc życie wielu ludzi, zajmując się inwigilacją kościelnych hierarchów i posługując przy tym metodami szantażu i podstępu. A przecież to był tylko fragment jego „twórczej” działalności, która obejmowała szpiegowanie, intrygi, kombinacje operacyjne i pomawianie ludzi o czyny, których nigdy nie popełnili. Z tego zresztą między innymi powodu Tobisz był ścigany przez warszawską prokuraturę garnizonową. Mogliby coś na ten temat powiedzieć kapitan Piotr Jasiak i major Sławomir Krawczyk, dwaj oficerowie kontrwywiadu wojskowego, którym Tobisz zniszczył życie. W 2006 roku pomówił tych dwóch nieszczęśników zajmujących się tak zwanym odcinkiem rosyjskim o popełnienie bardzo poważnego przestępstwa i podejrzane kontakty z rosyjskimi spec służbami. Informacja spowodowała w ich życiu spustoszenie, pomówienia Tobisza odczuli boleśnie. W efekcie jeden z oficerów znalazł się w szpitalu w Aninie na operacji serca, drugiemu omal nie rozpadła się rodzina. Zbadanie zarzutów autorstwa pułkownika przez Wojskową Prokuraturę Garnizonową trwało rok i wykazało ich całkowitą bezpodstawność. Doprowadziło to do wszczęcia sprawy, w której obaj pomówieni oficerowie uzyskali status pokrzywdzonych. Teraz to Tobisz był ścigany, a śledztwo Wojskowej Prokuratury Garnizonowej prowadzone przez prokuratora Zbigniewa Badelskiego, skierowane przeciwko Tobiszowi, szybko zbliżało się do końca. Co więcej, przyglądając się Tobiszowi prokuratura wpadła na ślad sprawy o kryptonimie „Siwy”, prowadzonej w latach 1996-1999, gdy Tobisz był ekspertem ataszatu wojskowego w Moskwie. To z tamtych czasów datowała się jego bliska znajomość z Turowskim, fałszywym jezuitą, który później zajmował się inwigilacją polskich księży w Watykanie, i z innymi ludźmi tego pokroju. Po zagłębieniu w sprawę okazało się, że to Tobisz, a nie Krawczyk czy Jasiak, miał podejrzane kontakty z rosyjskim wywiadem. Śledztwo zmierzało w kierunku postawienia pułkownikowi bardzo poważnych zarzutów, absolutnie z najwyższej półki. Jako wytrawny spec od kombinacji operacyjnych i rozmaitych intryg, a także przestępca - bo za takie właśnie intrygi Tobisz miał już jeden wyrok więzienia w zawieszeniu - rozumiał dobrze, że tym razem pójdzie do więzienia i to na wiele lat. Rozumiał, że tym razem musi przeprowadzić „operację”, w której stawką będzie jego własne życie. I do tej operacji przygotował się niezwykle starannie...

FRAGMENT NR 3: Wszystko zaczęło się od przeszłości Bronisława Komorowskiego, w której jest wiele białych plam - od 1989 roku, a może jeszcze wcześniej? W tamtym czasie obecny prezydent RP miał spotkanie w rosyjskich nieruchomościach przy Alei Szucha w Warszawie, po którym - według jednego ze świadków - miał powiedzieć, że teraz kariera stoi przed nim otworem. Co miał na myśli? Tego nie wiadomo. Wiadomo za to, że Bronisław Komorowski od lat w sposób dość szczególny był związany z ludźmi pokroju generała Tadeusza Rusaka, którego już w 1990 roku rekomendował do pełnienia funkcji szefa delegatury UOP w Krakowie. W efekcie takiej rekomendacji Rusak został przez Andrzeja Milczanowskiego mianowany na to stanowisko, a następnie, gdy Bronisław Komorowski kierował  Sejmową Komisją Obrony Narodowej i MON, został szefem Wojskowych Służb Informacyjnych. W całej sprawie nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Komorowski, to zasłużony działacz antykomunistycznej opozycji, zaś Rusak, jako dowódca kompanii czołgów w grudniu 1981 roku zgłosił się na ochotnika do pacyfikowania kopalni „Wujek”. Czołgi miały zostać użyte, gdyby ze spacyfikowaniem kopalni nie poradził sobie pluton specjalny ZOMO, ale że sobie „świetnie” poradził mordując 9 górników, raniąc 21 innych i pacyfikując całą resztę, propozycja Rusaka o rozjechaniu ich czołgami nie musiała już być realizowana. Współpraca obu panów była kontynuowana, gdy Bronisław Komorowski został przewodniczącym Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, następnie Ministrem Obrony Narodowej, a w tym samym czasie Tadeusz Rusak został szefem Wojskowych Służb Informacyjnych. Współpraca ta znalazła także odzwierciedlenie w odniesieniu do działalności Fundacji „Pro Civili”, której skład osobowy, działania, a także prowadzone względem niej osłonowe procedury operacyjne, wskazują na dwa przynajmniej fakty: że było to przedsięwzięcie zorganizowane i prowadzone od samego początku przez Wojskowe Służby Informacyjne, pod specyficznym nadzorem Ministerstwa Obrony Narodowej. I fakt drugi: ci, którzy mięli „paskudny” zwyczaj interesowania prawdziwą działalnością tej Fundacji – źle kończyli. Ostatecznie działalność „Pro Civili” zawieszono, ale setki milionów przepadły bezpowrotnie. Działalność Fundacji, w związku z która śmierć poniosło co najmniej kilka osób i bezpowrotnie zniknęły miliardy złotych, nie została wyjaśniona nigdy. Próbowałem zająć się tym tematem i w styczniu 2007 roku, jako dziennikarz Telewizji Polskiej pracujący dla programu śledczego „30 minut” pojechałem z ekipą TVP do Sejmu, by zadać kilka niewygodnych pytań ówczesnemu marszałkowi, Bronisławowi Komorowskiemu. By nam nie przeszkadzano, marszałek zaproponował, że rozmowa odbędzie się w jego gabinecie. Oczywiście umawiając się na spotkanie słowem nie wspomniałem, że będę chciał rozmawiać o Pro Civili. Ale nie skłamałem: rozmowa miała dotyczyć Wojskowych Służb Informacyjnych, a wspomniana Fundacja została założona przez żołnierzy tej służby, więc awizowany temat rozmowy obejmował także i Pro Civili. Przynajmniej w moim przekonaniu. Okazało się jednak, że Bronisław Komorowski miał na ten temat inne zdanie. Po pierwszych ogólnych pytaniach o przyczyny i skutki likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, na które Bronisław Komorowski odpowiadał chętnie, szeroko uzasadniając, przeszedłem do konkretów. – Panie marszałku, czy słyszał pan o Fundacji Pro Civili? Wlepił we mnie wzrok, a jego usta ściągnęły się powoli. – Umawialiśmy się na rozmowę o Wojskowych Służbach informacyjnych. – A Fundacja Pro Civili została założona przez żołnierzy WSI. Dlatego powtórzę pytanie: czy zna pan Fundację Pro Civili i czy coś pana z nią łączyło ? – Przeszyły mnie szare oczy. Marszałek milczał. – Panie marszałku, następne pytanie: czy docierały do pana, jako Ministra Obrony Narodowej, informacje o specyficznej kooperacji Wojskowej Akademii Technicznej z Fundacją Pro Civili? – Mam nadzieję, że pan wie, co robi? – Wiem doskonale. Czy odpowie pan na moje pytanie? – Ma pan minutę na opuszczenie mojego gabinetu, a potem wezwę straż. Mocne słowa, żadnego owijania w bawełnę. Marszałek wymienił porozumiewawcze spojrzenie ze swoim współpracownikiem, który opuścił gabinet, nie potrafiłem jednak odczytać sensu tego spojrzenia. – Dlaczego nie chce pan ze mną rozmawiać. Przyszedłem do pana w imieniu opinii publicznej, która ma prawo wiedzieć... – Pół minuty... Gospodarz podwinął rękaw marynarki i ostentacyjnie spoglądał na zegarek. – Wyjdzie pan sam, czy ma panu pomóc straż?

Gdy wracaliśmy do telewizji myślałem o tym, że mam o jednego wroga więcej. Nie niepokoiło mnie to jednak. Uważałem, że po prostu staram się rzetelnie wykonywać swoją pracę, która często bywała mało przyjemna, zarówno dla mnie, jak i dla moich rozmówców. Myślałem o tym, że udało mi się zaskoczyć mojego rozmówcę, ale - musiałem to przyznać - on także zaskoczył mnie. Nie spodziewał się takich pytań, a i ja nie spodziewałem się aż takiej reakcji. „Wrócę do tej rozmowy i następnym razem nie dam się tak spławić”- obiecałem sobie. Czy mogłem przypuszczać, że następnego razu już nie będzie już nigdy, że marszałek zostanie prezydentem Polski, ja zaś – oskarżonym o przestępstwa?

FRAGMENT NR 4 Czy moje życie mogło potoczyć się inaczej? Gdybym tylko mógł cofnąć czas. Gdybym tylko, gdybym tylko – refren mojego życia. Czy jest sens myśleć o miłości, która nas ominęła, o chwilach, które mogły być piękne, a nie były? Kiedy człowiek dorasta odkrywa, że stawał w obronie kłamstwa, oszukiwał sam siebie, cierpiał z powodu błahostek. Nie ma sensu obwiniać się za złe wybory, ale też nie wolno dopuścić, by błędy się powtórzyły, inaczej lekcja poszła na marne. Wszystko co mogło się zdarzyć, lecz się nie zdarzyło, porwał wiatr i nie ma po tym śladu, a rozmyślanie o tym przynosi tylko bezsensowne męki i nic więcej. Jestem w punkcie, w którym jestem i z tego punktu muszę iść dalej. Są sprawy, do których doświadczenia zmusza nas po prostu Los. Oczywiście człowiek ma wolną wolę – to pewne. Ale zarazem pewne sytuacje mamy niejako narzucone. Sytuacja na froncie: niezależnie od tego, ile cię szkolili i jak bardzo uważasz, o tym, czy zginiesz, decyduje ślepy traf. Nie ważne kim jesteś, ani to czy jesteś bohaterem czy tchórzem. Nieodpowiednie miejsce, nieodpowiednia pora i koniec. Sytuacja jakich na wojnie wiele: żołnierze wyskakują z okopu do ataku. Kiedy kula trafia jednego z nich, biegnący tuż za nim znajduje ocalenie, bo tamten ginąc ocalił mu życie. Tak jest ze wszystkim. Kiedy piorun zabijając kogoś uderza w miejsce, w którym przed chwilą stał ktoś inny, kiedy rozbija się samolot, w którym miałeś lecieć, ale spóźniłeś się na lotnisko, kiedy kolega zapada na śmiertelną chorobę, a nie ja. Niektórzy sądzą, że takie rzeczy są dziełem przypadku: ktoś miał szczęście, ktoś inny nie. Tymczasem w tym wszystkim zachowana jest równowaga. Przypomniałem sobie historię, którą poznałem pracując przez niecały rok jako psycholog w bialskim hospicjum dla umierających. Ta sama historia z dwóch różnych punktów. Pacjent hospicjum umierał i o tym wiedział. Ale chciał, by jego śmierć miała jakiś sens, by jeszcze odchodząc mógł zrobić coś dobrego. Poprosił, by po śmierci jego serce przekazano innej osobie. I tak się stało. Pacjent odszedł, ale jego śmierć uratowała życie innemu człowiekowi. Spójrzmy na tę historię z dwóch różnych punktów widzenia: ten sam dzień, ten sam moment, ale dla jednego kończy się szczęśliwie, bo dostaje drugie życie, dla innego oznacza śmierć. Przypadek – nie przypadek?

FRAGMENT NR 5: Szansa na wskazanie wszystkich winnych tej zbrodni i ujawnienie o niej prawdy pojawiła się jeszcze raz, gdy powołano Instytut Pamięci Narodowej i prokuratorowi Witkowskiemu przywrócono sprawę. Po trzyletnim śledztwie był już prawie gotowy, by ogłosić jego wyniki i wystąpić z aktem oskarżenia. I właśnie w tym momencie, kilka dni po tym, jak przekazał kierownictwu IPN informację o wynikach śledztwa i jego konsekwencjach, naczelnik pionu śledczego poinformował Witkowskiego, że jego zespół de facto przestaje istnieć. Prokurator zazwyczaj wierzył w zbiegi okoliczności, ale każda wiara ma swoje granice. Nikt nie jest Einstainem, ale każdy,  jak dostanie parę razy po głowie, dostrzeże to, co widać gołym okiem: wszystko zmierzało do tego, by rola Witkowskiego, jako prokuratora prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa Księdza Jerzego została zakończona - zanim on zakończy śledztwo. Być może ktoś uważany powszechnie za autorytet moralny, na kogo ktoś inny dysponował środkiem nacisku, przekazał jego przełożonym jakąś nieprawdziwą, rzekomo dyskredytującą, informację. Być może ktoś inny, powszechnie szanowany i ceniony, zasugerował szkodliwość obranego kierunku. Przyczyny tej decyzji prawdopodobnie na zawsze pozostaną tajemnicą... Było późne popołudnie, kiedy prokurator dojechał do Lublina i słońce, które towarzyszyło mu w drodze do Warszawy, jakby symbolicznie się skryło. Ciężkie, ciemne chmury nadciągnęły nad miasto i z nieba spadł siekący deszcz. Nim z parkingu doszedł do biura, był przemoczony do suchej nitki. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad kaprysami aury. Przede nim było bardzo dużo pracy, na wykonanie której miał bardzo niewiele czasu. Popołudnie spędził wertując starannie udokumentowane i zaopatrzone w odsyłacze akta oraz historie poszczególnych wątków śledztwa. Obejmowały one wszystkie elementy dochodzenia, które podległy mu zespół prowadził od 2001 roku i wcześniej, w latach dziewięćdziesiątych. Była to bardzo interesująca lektura, to znaczy jeżeli ktoś interesował się śmiercią, upodleniem, szantażami, kłamstwami i kombinacjami operacyjnymi. Nie znalazł tam nic nowego, nic o czym by nie wiedział. Spędził jałowe popołudnie i wieczór na próbach zestawienia dokumentów, ale żadna nowa okoliczność nie zaczęła się z tego wyłaniać. Cały materiał dowodził jednego: nie byli gotowi, jeszcze nie. Brakowało kilku miesięcy. W najgorszym stanie był najważniejszy wątek śledztwa – wątek rosyjski, wskazujący na udział w zbrodni na Księdzu Jerzym GRU, wojskowych rosyjskich służb specjalnych. Ale wątek ten zawierał mnóstwo niewiadomych. Zaledwie przed miesiącem odkryli tu nowe tropy, które wymagały jeszcze sprawdzenia i rozwinięcia. Prokurator nie miałem żadnych wątpliwości, że inspiracja zbrodni wyszła z Moskwy. Ale co innego poszlaki, a zupełnie co innego dowody. Potrzebny był czas, najważniejsza rzecz, której nie mieli...

PATRONAT MEDIALNY:

nadzieja niedziela podlasie wnetwarszawapodlasie24