Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji  
”Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie...” - ksiądz Stanisław Małkowski, przyjaciel Błogosławionego Księdza Jerzego nie jest odosobniony w śpiewaniu pieśni ”Boże coś Polskę” z taką właśnie frazą, tłumacząc, że falsyfikaty zastąpiły wartości, a patologia normę. Czy mamy dziś wolną Polskę?

Pokłosie „Pokłosia”

Przed kilku dniami byłem w nieodległej Ostrołęce na zaproszenie prezydenta miasta, by odbyć spotkanie z kilkuset osobową grupą młodzieży. Na własne oczy mogłem przekonać się, jak rozkręca się "historia" wokół "Pokłosia". Spotkanie z młodzieżą miałem w sali miejscowego kina, do którego przybyłem pół godziny przed spotkaniem i miałem czas, by odbyć rozmowę z dyrektorem. Wyrażenie "miałem czas" nie oddaje sytuacji, ponieważ w trakcie owych trzydziestu minut  dyrektor musiał odebrać kilkanaście telefonów od dziennikarzy z całej Polski indagujących go pytaniami: „jak to możliwe, że nie wyemitujecie Pokłosia"? - Takiej nagonki nie miałem nigdy - tłumaczył dyrektor. Chciał rozwinąć wypowiedź, ale nie zdążył, bo zadzwonił kolejny "niezależny" dziennikarz z pytaniem: "jak to możliwe?", ja zaś musiałem iść już na spotkanie z młodzieżą.  W naszym regionie, w przeciwieństwie do Ostrołęki, „Pokłosie” wyświetlano, ale mieszkańcy południowego Podlasia film ów zbojkotowali. Podobnie było w wielu innych miastach w całej Polsce. A jednak, choć to film słaby, jestem przekonany, że zostanie obsypany nagrodami. Pewność swoją czerpię z rozmowy z Andrzejem Pileckim, synem Rotmistrza Pileckiego, którego onegdaj wiozłem z Warszawy do Kazimierza n. Wisłą, w związku z otworzeniem ulicy imienia Rotmistrza. Andrzej Pilecki opowiedział mi niezwykłą historię. Któregoś razu zgłosili się do niego "ważni ludzie z Hollywood" z pytaniem: "czy pan wie, że pana tata miał korzenie żydowskie? " Andrzej Pilecki zaprzeczył, "rewelacje" nazwał bzdurą. W odpowiedzi usłyszał: "O pana bohaterskim ojcu wiedzą co poniektórzy w Polsce, ale nic nie wie świat. A my mamy wielomilionowy budżet i największe gwiazdy Hollywood. Proszę nie przeszkadzać, bo przecież ojciec mógł mieć korzenie żydowskie, a pan mógł o tym nie wiedzieć". Na kolejne dementi ważni ludzie z Hollywood poprosili o przemyślenie sprawy, później przyjechali raz jeszcze, pisali i dzwonili, przekonywali i namawiali. Andrzej Pilecki nie zgodził się jednak "uczynić" z ojca Polaka - Żyda, którym przecież Rotmistrz nie był. Gdyby się zgodził, jakże „prawdziwy" mógłby powstać hit - historia bohaterskiego Żyda, który ucieka z "polskiego obozu koncentracyjnego", a następnie zostaje zamordowany przez Polaków (bo przecież oprawcy Rotmistrza nosili polskie mundury). Taki film nie powstał tylko dlatego, że na przeszkodzie stanął dzielny syn dzielnego człowieka. I nie ważne, że film, który dzięki postawie Andrzeja Pileckiego nie powstał, miałby z prawdą tyle wspólnego, ile ma "Pokłosie". Ważne, że byłby po tzw. "linii", jak "po linii" jest "Pokłosie", mały film małych ludzi, którzy dla kariery napluli na własny kra.

Wojciech Sumliński