Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji  

Podsumowanie III RP

Dzień ogłoszenia werdyktu w sprawie afery marszałkowej był jednym z najtrudniejszych, a zarazem jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Uniewinniający mnie werdykt sądowy jest potwierdzeniem, że jeżeli zawierzy się Bogu, to wszystko jest możliwe – nawet zwycięstwo w walce ze służbami specjalnymi, które mają prawie nieograniczone możliwości dokonywania manipulacji, fabrykowania tzw. dowodów i niszczenia ludzi. Osiem ostatnich lat, to czas najtrudniejszej próby mojego życia, w której stałem przed lwem, a na swoją obronę miałem tylko kamień. Podstawą aktu oskarżenia w tej historii stały się zeznania płk. Leszka Tobiasza. Kim zatem był płk Tobiasz? Przestępcą skazanym prawomocnym wyrokiem sądowym, szantażystą ks. abp. Juliusza Paetza, oficerem WSI, którego życie było pasmem intryg i knowań. To człowiek, który zajmował się inwigilacją Kościoła katolickiego, miał przy tym wiele twarzy i odgrywał wiele ról – niczym jego przyjaciel z tajnych służb i placówki dyplomatycznej w Moskwie Jerzy Turowski, który nie wierząc w Boga, przez kilka lat udawał w Watykanie jezuitę. Tacy to byli ludzie, dla których ich własne życie było nieustającą „grą”, a życie innych ludzi igraszką w ich rękach i polem do przeprowadzania kombinacji operacyjnych, w wyniku których niszczono setki istnień ludzkich. W odniesieniu do płk. Leszka Tobiasza, w momencie, w którym rozpoczął on swoją „grę” w sprawie nazwanej przez media „aferą marszałkową”, toczyło się kilka postępowań karnych, w tym postępowanie w Prokuraturze Wojskowej w Warszawie, dotyczące tego, że oficer ów pomówił o poważne przestępstwa dwóch innych oficerów Wojska Polskiego, których nieszczęśnicy ci nigdy nie popełnili. Tobiasz miał odpowiedzieć przed sądem w trybie karnym za tę sprawę, i za kilka innych (jedna z nich dotyczyła szpiegostwa na rzecz sąsiedniego mocarstwa), ale nigdy nie odpowiedział, bo po tym, jak zaangażował się w aferę marszałkową, został otoczony parasolem ochronnym ABW. Trudno o mniejszą wiarygodność niż wiarygodność płk. Leszka Tobiasza, a jednak słowa – i tylko słowa – takiego człowieka wystarczyły, by na wiele lat skutecznie zniszczyć moje życie i życie moich bliskich. Prokuratorzy od początku wiedzieli zarówno to, kim jest Leszek Tobiasz, jak również to, że nie ma najmniejszych dowodów mojej rzekomej winy. A jednak nie było podłości, po którą by nie sięgnęli, byle tylko osiągnąć cel: skompromitować i zniszczyć Komisję Weryfikacyjną WSI. Metody ze Wschodu Drogą do osiągnięcia celu miała być m.in. moja osoba. Ścigając mnie niczym łowną zwierzynę, prokuratorzy Jolanta Mamej i Andrzej Michalski planowali zamknąć mnie w areszcie wydobywczym na wiele miesięcy, może nawet lat, licząc, że pod presją pobytu w więzieniu i wywieraną na pozostającą na wolności moją rodzinę uda się zmusić mnie do powiedzenia wszystkiego, co wiem o komisji weryfikacyjnej WSI, choćby to, czego nigdy nie było. Osaczając mnie, prokuratorzy mieli za nic prawo. Jak człowiek, który widząc tabliczkę z napisem „zakaz wchodzenia na trawnik”, wjeżdża tam koparką i buduje ziemiankę – to nie moje słowa, lecz sądu, który już cztery lata temu zawyrokował, że za bezprawne postępowanie względem mnie prokuratorzy powinni zostać pozbawieni immunitetów i stanąć przed sądem. Działania Andrzeja Michalskiego i Jolanty Mamej względem mnie zostały przez sąd określone jako wstrząsające, porażające, skrajnie bezprawne i oparte na metodach stosowanych już tylko w niektórych krajach za wschodnią granicą Polski. Dodatkowo prokuratorzy zamówili moją charakterystykę psychologiczną i tak długo niszczyli mnie na wiele sposobów, aż uwierzyłem, że jedynym wyjściem, by ocalić rodzinę, jest moja śmierć. Chcieli mieć plastycznego aresztanta, ale „przekręcili gwint” w śrubie, w efekcie czego gwint pękł. Próba samobójcza – największy błąd mojego życia, którego nigdy, przenigdy już nie powtórzę. To po spowiedzi i rozgrzeszeniu jest już za mną – ale cierpienie pozostało. Certyfikat poczytalności Zwłaszcza że prowokatorzy z WSI, ABW i prokuratorzy nie odpuścili. W zastawioną szeroko jak pajęczyna sieć nie wpadła główna zdobycz, na którą liczono – członkowie komisji weryfikacyjnej WSI, a zamiast tego w sprawie pojawiła się postać Bronisława Komorowskiego, na początku śledztwa osoba numer dwa, a wkrótce potem numer jeden w państwie. Prokuratorzy na modłę sowiecką postanowili więc zrobić ze mnie szaleńca – Lichocki od początku tej historii odgrywał rolę konia trojańskiego, kooperował z prokuraturą i ABW, miał dostać drobny wyrok w zawieszeniu, Sumliński miał zostać szaleńcem, który stracił zmysły pod wpływem stresu – sprawa się kończy. Planowano zrobienie tego kosmetycznie, w białych rękawiczkach, tak bym to ja sam wystąpił z wnioskiem o badania psychiatryczne. Liczono, że pójdę na taki układ z prokuraturą, zadowolony, że w ten sposób sprawa się zakończy. Ale ja zaprotestowałem i zapowiedziałem, że jeśli na siłę będą chcieli zrobić ze mnie szaleńca, zażądam badań ze wskazanymi przeze mnie biegłymi sądowymi, do czego mam prawo. Ostatecznie prokuratorom nie udało się zrobić ze mnie człowieka szalonego, uzyskałem wszelkie certyfikaty poczytalności, prokuratorzy spróbowali więc z innej, sprawdzonej strony: kolejne wezwania do prokuratur, kolejne procesy karne i cywilne. Sam nie wiem, jak to przetrwałem. Przy życiu utrzymywały mnie słowa moich mentorów, zwłaszcza przyjaciela, jezuity i wykładowcy psychologii z czasów studenckich, ojca Ryszarda Przymusińskiego, który nauczył mnie, że z Bogiem nadzieja nie umiera nigdy i że bez względu na to, co przyniesie los, nigdy, przenigdy, milion razy nigdy, nie wolno się poddawać – nie wolno już nigdy popełnić błędu, który wcześniej stał się moim udziałem. Od tego momentu prowokatorzy, ludzie pełniący najwyższe funkcje państwowe, zrozumieli, że wyrok skazujący jest jedyną szansą, by wyszli z intrygi z twarzą. Ale i ten plan dzięki wnikliwości sądu rozsypał się w proch i w ten oto sposób autorzy prowokacji wymierzonej w komisję weryfikacyjną WSI oraz we mnie zostali z niczym. Niepamięć władców III RP Jak ocenić ten proces? Jego klimat, niczym w soczewce, ilustrują słowa sądu stanowiące uzasadnienie odrzucenia mojego wniosku, w którym poprosiłem o poddanie konfrontacji Bronisława Komorowskiego, Jadwigi Zakrzewskiej, Pawła Grasia i Krzysztofa Bondaryka, których zeznania w wielu punktach się wykluczały. Odrzucając wniosek, sąd uzasadnił: „Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Bronisława Komorowskiego, ponieważ w toku składania zeznań okazało się, że Bronisław Komorowski prawie niczego nie pamięta. Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Jadwigi Zakrzewskiej, ponieważ Jadwiga Zakrzewska niczego nie pamięta. Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Pawła Grasia, ponieważ Paweł Graś niczego nie pamięta. Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Krzysztofa Bondaryka, ponieważ Krzysztof Bondaryk niczego nie pamięta”. Innymi słowy okazało się, że najważniejsze osoby w państwie, prezydent kraju, były szef sejmowej komisji ds. służb specjalnych, szefowa parlamentarnej komisji ds. kontaktów z dowództwem NATO oraz szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego cierpią na totalną sklerozę. W toku procesu były też wątki mówiące więcej o tzw. wolności w Polsce niż jakiekolwiek inne, jak np. medialny „spektakl” podczas przesłuchania Bronisława Komorowskiego, prezydenta Polski, w Pałacu Prezydenckim. Wozy transmisyjne TVP, TVN, TV Polsat i Superstacji na zewnątrz, wewnątrz kamery i dziennikarze, którzy wypełnili całą pulę przyznanych akredytacji na transmisję z bezprecedensowego wydarzenia, jakim było przesłuchanie prezydenta – i żadnej transmisji. Kto mógł zablokować przekaz czterech „niezależnych” telewizji, mających przecież czterech „niezależnych” szefów? W efekcie, o bezprecedensowym wydarzeniu, jakim w każdym demokratycznym kraju byłoby przesłuchanie prezydenta w sądzie – zwłaszcza w kontekście jego nieformalnych związków z oficerami służb tajnych, z potencjalnym udziałem szpiegów obcego państwa – dowiedziało się kilka procent Polaków. Dla zdecydowanej większości 18 grudnia 2014 r. w Pałacu Prezydenckim nie wydarzyło się kompletnie nic godnego uwagi. Niewidzialne ręce władzy Na mnie osobiście najsilniejsze wrażenie zrobiły jednak odsłonięte przed sądem kulisy całej operacji – wielkiej prowokacji, której pointa nastąpiła wiosną 2008 r. To czas, w którym cała potężna machina uruchomiona wiele miesięcy wcześniej przez Leszka Tobiasza, sunęła już pełną parą. Do „jednej bramki grali” wówczas płk Leszek Tobiasz, płk Aleksander Lichocki, marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, prokuratorzy i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jaki był cel, wskazał podczas ostatnich szokujących zeznań płk Tomasz Budzyński, kolega i podwładny ówczesnego zastępcy szefa ABW, płk. Jacka Mąki. Pomimo żalu, jaki do mnie żywił Tomasz Budzyński – pomimo że przez siedem ostatnich lat w ogóle się nie kontaktowaliśmy, Budzyński miał do mnie pretensje o mój pożegnalny list napisany po załamaniu, gdy podli ludzie doprowadzili mnie do próby samobójczej – zdecydował się powiedzieć w sądzie prawdę, a była to prawda szokująca. Z relacji oficera wynikało bowiem, że płk Jacek Mąka, wiceszef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, najprawdopodobniej w porozumieniu z szefem ABW i innymi wyżej postawionymi osobami w hierarchii państwowej naciskał na niego, by wziął udział – i także zmusił do udziału mnie – w prowokacji przeciwko legalnie działającej instytucji państwowej, jaką była komisja weryfikacyjna WSI. Nagrodą dla Budzyńskiego miała być intratna posada w spółce skarbu państwa, dla mnie zaś uniknięcie poważnych problemów. Pułkownik Budzyński odmówił i od tego zaczęły się jego kłopoty, a potem moje. Zeznania Tomasza Budzyńskiego to pierwszy kamień, który powinien uruchomić lawinę. Jeżeli Polska jest państwem prawa, to nie wyobrażam sobie, by na tych zeznaniach i bez wyjaśnienia wszystkich aspektów tego, o czym mówił Tomasz Budzyński, mogło się zakończyć! Jeżeli to, co mówi ten oficer, jest prawdą – a nikt jego zeznań dotąd nie podważył – to całą tę przestępczą operację zaplanowano na najwyższych szczytach władzy. Co stało się dalej? Budzyński odmawia wzięcia udziału w prowokacji, maszyna zostaje puszczona w ruch. Dla mnie to, co się dzieje, począwszy od 13 maja, jest największym szokiem w życiu. Prowokatorzy mają swojego człowieka. Zdecydowano o tym w gabinetach polityków i ludzi tajnych służb, czego dowodem jest bezprecedensowa narada z udziałem marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i szefa sejmowej komisji ds. służb specjalnych Pawła Grasia. Po zatrzymaniu czułem się jak Franz K. w słynnej powieści „Proces”. Wtedy jeszcze nie widziałem niewidzialnych mocy, które rozgrywały swoją grę w tej sprawie, jeszcze się łudziłem, że to pomyłka… Tymczasem kłamstwa i plotki obiegają media. Błyskotliwość tych kłamstw mydli ludziom oczy i zakłóca logikę, nakręca się spirala kłamstw, a im większe kłamstwo, tym ludzie łatwiej w nie wierzą. Miałem być pierwszym z wielu kozłów ofiarnych w tej historii, po mnie mieli być kolejni. O co zatem tak naprawdę chodziło w tej historii? I dlaczego ta sprawa toczyła się aż tyle lat? Odpowiedź nie jest skomplikowana: ponieważ niewolnicą tego procesu była prawda. I to nie dzięki bystrości prokuratury, lecz za przyczyną długiego ramienia władzy. Jako dzieci wierzyliśmy, że prawda zawsze sama z siebie wygrywa z kłamstwem, dobro ze złem, a cnota sama w sobie jest nagrodą – ale tak nie jest. Jako dorośli dowiadujemy się, że o prawdę trzeba walczyć, a to bywa niebezpieczne, bo prawda bywa zagrożeniem dla władzy – i tak właśnie było w tym procesie. To nie był tylko mój proces, lecz sprawa, która reprezentowała nadzieje zwykłych ludzi przeciwko wszechwładzy rządzących. Być może już nic w moim życiu nie będzie ważniejsze niż ta sprawa, bo podsumowała ona nie tylko całe moje życie, ale zarazem cały system III RP.