Była punktualnie 6.00. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać. Początkowo było ich ośmiu. Poinformowali mnie, że jestem zatrzymany pod zarzutem ujawnienia Aneksu do Raportu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Poprosili, bym nie utrudniał czynności. Nie utrudniałem. Poprosili, bym nie oddalał się od wskazanego funkcjonariusza. Nie oddalałem się. Absurdalność sytuacji mogłaby nawet być śmieszną, gdyby nie była groźną i tragiczną zarazem. Są sytuacje, w których człowiek zatraca poczucie rzeczywistości. To była jedna z takich sytuacji  
”Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie...” - ksiądz Stanisław Małkowski, przyjaciel Błogosławionego Księdza Jerzego nie jest odosobniony w śpiewaniu pieśni ”Boże coś Polskę” z taką właśnie frazą, tłumacząc, że falsyfikaty zastąpiły wartości, a patologia normę. Czy mamy dziś wolną Polskę?

Już się was nie boję

Od wielu miesięcy - a im było bliżej wydania mojej książki pt. "Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego, tym intensywniej - byłem atakowany podłej maści pomówieniami, insynuacjami i zapytaniami, które w rzeczywistości nie tyle były pytaniami, co oskarżeniami.

To już kolejna fala ataków tego typu.

Pierwsza nastąpiła wiosną i latem 2008 roku, gdy do zaszczucia mnie i mojej rodziny, próby zamknięcia w areszcie, wszelkich możliwych kontroli, oszczerczych publikacji prasowych, internetowych i telewizyjnych, jawnego śledzenia i systematycznych "wizyt" składanych przez funkcjonariuszy ABW punktualnie o godzinie 6 rano (tak, by godzina tych "wizyt" kojarzyła nam się z godziną zatrzymania - taka "subtelna" forma nękania) doszło rozsyłanie oszczerczych maili do moich przyjaciół, kolegów i osób mi życzliwych. Wszystko to razem wzięte doprowadziło mnie do załamania, a moich bliskich na dno rozpaczy…

Druga potężna nagonka miała miejsce dwa lata później, późną wiosną i latem 2010 roku, dokładnie wówczas, gdy Bronisław Komorowski po raz pierwszy ubiegał się o prezydenturę. Podobnie jak za pierwszym razem, także i wówczas nie było podłości, draństwa i świństwa, którego by mi kłamliwie nie zarzucono, od denuncjowania informatorów, po zarabianie milionów na rzekomej współpracy z WSI. Wbito mnie w ziemię po raz drugi, tak na wszelki wypadek, bym za szybko nie powstał... A to, że podłe te insynuacje miały miejsce w sytuacji, gdy popadliśmy w skrajne długi (w szczytowym okresie mieliśmy setki tysięcy złotych długu wynikających z kosztów obrony, ciągłej nagonki, i także dlatego, że wskutek niszczenia przez wiele miesięcy w ogóle nie byłem w stanie pracować, a byłem tzw. jedynym żywicielem rodziny) i żyliśmy ze wsparcia autentycznych przyjaciół, przy jednoczesnym fakcie, że było to w czasie, gdy chodziłem od prokuratora do prokuratora i od sądu do sądu tłumacząc się z niepopełnionych win, miało charakter autentycznie niszczący, niczym tornado. I to nie tyle może nawet mnie, co moich bliskich…

   Trzecia, chyba najsilniejsza, fala ataków nastąpiła po moim powstaniu z kolan, jesienią 2011 roku, gdy opublikowałem swoją pierwszą autobiograficzną książkę pt. "Z mocy bezprawia", i gdy do rozmaitych, powielanych na wielką skalę, insynuacji prasowych autor - anonim dołączył wielostronicowe pismo, równie zgrabną, co kłamliwą i nikczemną, mieszaninę faktów i mitów - w proporcjach 1:99 - które rozesłano drogą mailową i listowną do wszystkich życzliwych mi osób. Również do tych osób, które wymieniłem w książce "Z mocy bezprawia", dziękując im za to, że pomogli mi przetrwać i powstać z kolan. Każda z tych osób otrzymała nie podpisany list zatytułowany: "Czy warto pomagać Sumlińskiemu?". Odpowiedź była oczywista: nie warto, bo to drań, hochsztapler i malwersant, który ma wiele procesów sądowych... Minęło kilka lat. Po procesach tych i sprawach wymyślanych „z kapelusza” tylko po to, by zniszczyć mnie, bądź przynajmniej moją wiarygodność, nie pozostał dziś nawet ślad. Większość spraw wygrałem, inne umorzono, ostatnią jesienią ubiegłego roku odesłano do prokuratury, w żadnej nie udowodniono mi winy i nie skazano jakimkolwiek wyrokiem, ale ile kosztowało to mnie i moich bliskich, wiem tylko ja i oni...

Pozostał mi zatem tylko (aż!) jeden proces, "matka" wszystkich procesów, czyli tzw. Afera Marszałkowa. I właśnie w kontekście tego procesu nastąpiła kolejna fala ataków. Było to w grudniu 2014 roku, gdy mimo protestów prokuratury (wraże media z „Wyborczą” na czele oczywiście kłamliwie napisały, że przesłuchanie prezydenta odbywa się na wniosek prokuratury) i widocznej wielkiej niechęci Bronisława Komorowskiego udało mi się doprowadzić do jego sądowych zeznań w tej sprawie (składanych w pałacu prezydenckim). Nim to jednak nastąpiło, Gazeta Wyborcza, a w ślad za nią kilka innych mediów, zamieściła kolejną serię artykułów pełnych pomówień, oszczerstw i zwyczajnych łgarstw. Przez siedem ostatnich lat mali podli ludzie nie przepuścili żadnej okazji, by dezawuować moją osobę lub moją pracę, a działo się to zawsze wówczas, gdy na horyzoncie pojawiało się coś, co mogło być dla niewygodne lub groźne dla Bronisława Komorowskiego. Przypadek – nie przypadek… Nie inaczej jest teraz, gdy moja książka pt. „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” cieszy się wielkim zainteresowaniem Czytelników i zajmuje pierwsze miejsce na rozmaitych listach bestsellerów. W odniesieniu do tej właśnie książki prezydent Bronisław Komorowski (przerażony zawsze, ilekroć ktoś mu o niej wspomni), profesor Tomasz Nałęcz at consortes potrafią wydukać jedynie: „Nie będziemy się do niej ustosunkowywać, bo autor jest oskarżony, a sama książka niegodna, by się do niej odnosić”. Jeżeli ktoś wierzy w to, że Prezydent RP mając takie narzędzia, jakie daje tryb wyborczy - w wypadku kłamstw wyrok i potencjalna blokada książki w dwa dni! – nie skorzystał z nich w odniesieniu do książki, która w sposób dla każdego widoczny gołym okiem doprowadza go do furii, to życzę powodzenia. Prawda jest inna: prezydent Bronisław Komorowski wie – że ja wiem, i co dla niego gorsze - wie, że to co wiem, potrafię udowodnić przed każdym uczciwym sądem!

I tylko dlatego prezydent Komorowski udaje, że książki, która demaskuje układ Wojskowych Służb Tajnych oraz jego „niebezpieczne związki” - nie ma.

I tylko dlatego zamiast walki z otwartą przyłbicą, „niewidzialna ręka” doprowadziła do sytuacji, w której w wielu sieciach książka dostępna będzie dopiero po…24 maja br, czyli po zakończeniu wyborów prezydenckich.

I tylko dlatego wobec mnie rozpętano kolejną falę oszczerstw.

Przy okazji, jak to już wielokrotnie wcześniej bywało, „odgrzano” stare pomówienia nie poparte nawet cieniem dowodu, i nie ma podłości, nikczemności czy draństwa, którego by mi nie zarzucono.  Jak to wygląda w praktyce? Zainteresowanych odsyłam do mojej ostatniej korespondencji z Grzegorzem Jakubowskim, który do niedawna pracował w portalu Tomasza Lisa „Na temat”.

Rozumiem, że nawet tak wybitnemu socjotechnikowi jak Pan, któremu bezpieczeństwo miały zapewnić własne "niebezpieczne związki" (proponuję publikację takiej autolustracji - zarobi Pan kolejne kilkaset tysięcy, aczkolwiek lokatorzy kompleksu przy ul. Rakowieckiej nie będą już mieli z Pana pożytku) może zacząć się palić grunt pod nogami. Tomek Lis, którego nieustannie tytułuje Pan moim "szefem" (równie dobrze mógłbym określić A. Lichockiego pańskim prowadzącym) gdy pokazałem mu Pański bełkot zawarty w poprzednim liście stwierdził, że nie może się do niego odnieść bo wprawdzie zdawał na medycynę ale oblał. W odpowiedzi na "pytania", które zamieścił Pan w poprzednim liście, mógłbym odpowiedzieć w podobny sposób. Ponieważ w przeciwieństwie do Pana jestem w stanie udzielać zgodnych z prawdą i krótkich odpowiedzi odpisuję: 1. Nie było takiej sytuacji. 2. Nie było takiej sytuacji. 3. Nie było takiej sytuacji. 4. Nie znam. 5. Nie ma takich relacji. próby zablokowania materiału wymuszając na autorze publikacji insynuacji pod adresem własnym i innych istotnie jest trudną do obejścia strategią. Gratuluje. Domyślam się, że niebawem zamierza Pan zrobić to samo co na początku zeszłego roku. Niestety mam dla Pana złą wiadomość: pierwszy pozew będzie w trybie karnym. Teraz kilka pytań do Pana: 1. Ile pieniędzy i od kogo otrzymał Pan za zdyskredytowanie w oczach opinii publicznej stanowiących zagrożenie dla interesów WSI: mec. Jana Olszewskiego i szefa AW Z. Siemiątkowskiego? Czy to wówczas nawiązał Pan współpracę z A. Lichockim, którego B. Komorowski wyrzucił z MON? 2. Czy oddał Pan pieniądze L. Misiakowi i Bogdanowi Rymanowskiemu? 3. Dlaczego poszukiwany ws. wymuszenia rozbójniczego i zamieszany ws. podwójnego morderstwa S. Latkowski zgłosił się do Pana jako osoby zaufanej? Czy zna Pan treść jego korespondencji z więzienia z oficerem WSI Jackiem Ch.? Czy zna Pan treść tych listów z więzienia dot. Pana osoby? 4. Proszę przedstawić warunki postawione Panu przez ABW w zamian za uniknięcie odpowiedzialności karnej ws. afery aneksowej i Techmex. Czy zgodził się Pan donosić na byłych kolegów z WSI? 5. Ponawiam pytanie: proszę powiedzieć jaka jest Pańska wiedza nt. okoliczności zamordowania płk. Tobiasza? Czy wyrok na niego wydali pańscy przyjaciele z WSI? 6. Co Pan dokładnie robił dla Janusza Szuma, że Panu płacił? Czy nie miał Pan oporów przed przyjmowaniem pieniędzy od byłego pracownika SB?

7. W swojej książce twierdzi Pan, że zdjęcia A. Kwaśniewskiego z M. Dochnalem wykorzystane w artykule w „Wprost” dostarczył Panu A. Lichocki. Proszę odnieść się do twierdzenia współautora tekstu, iż zdjęcia dostarczył Wam polityk lewicy a Lichocki nie miał z całą sprawą nic wspólnego. Dlaczego okłamał Pan czytelników ws. podstaw swoich relacji z Lichockim?

Na pytania proszę udzielić odpowiedzi do poniedziałku. Zabraniam dokonywania jakichkolwiek skrótów w powyższym liście. Pozdrawiam serdecznie Grzegorz Jakubowsk

Proszę pana

Jak zawsze, nie wolno panu zmienić w mojej odpowiedzi nawet jednego słowa, a także dokonywać żadnych skrótów, czy przeinaczeń. Najpierw uwaga ogólna. Już panu pisałem, że będę panu odpowiadał w terminie trzech dni od otrzymania pytań. Przemieszczam się teraz po całym kraju - i nie tylko- non stop, mam mnóstwo spotkań z tysiącami osób, które chcą usłyszeć prawdę o panu Bronisławie Komorowskim

(gdzieniegdzie chcą też usłyszeć parę słów o cynglach udających dziennikarzy, czyli o ludziach takich jak pan – na marginesie „gratuluję” drańskiego wystąpienia pańskiego mistrza, Tomasza Lisa, który zagrywka z córką Andrzeja Dudy osiągnął Himalaje hipokryzji i manipulacji, jest pan godnym uczniem swego mistrza)

i nie mam czasu ani możliwości odpowiadać na pańskie brednie w trybie natychmiastowym. Trzy dni – chyba potrafi policzyć pan do trzech, czy się mylę – szanowny cynglu?

To sobie już wyjaśniliśmy, przechodzę zatem do kolejnych kwestii.

Proces. Dziękuję za podpowiedź. Proces z takim zerem, jak pan, nie tylko w trybie cywilnym, ale też karnym, będzie dla mnie prawdziwa gratką. Z pewnością zobaczymy się w sądzie, bo tych wszystkich łgarstw i łotrostw nie odpuszczę.

Pozostałe kwestie rozpocznę od przypomnienia tego, co już szanownemu cynglowi, czyli panu, napisałem. Powtarzam zatem:

Najpierw od wielu miesięcy insynuował mi pan bezczelnie, że dorobiłem się na jakichś machlojkach czy Bóg jeden wie, jakich innych sprzeniewierzeniach. Szedł pan więc w swoich całkowicie bezpodstawnych podłych i nikczemnych insynuacjach znacznie dalej, niż prokuratura, która nie zarzuciła mi NIGDY, że wziąłem nielegalnie czy też nielegalnie zarobiłem choćby jedną złotówkę. Jeden raz zarzucono mi Aż (nie tylko), że chciałem wziąć (w sprawie zwanej przez media „aferą marszałkową”) – ale nigdy, przenigdy nie zarzucono mi, że wziąłem z nielegalnego źródła, czy też że zarobiłem w sposób nieuczciwy choćby złotówkę. Pan więc w swoich podłych oskarżeniach ferowanych od miesięcy od szeregu miesięcy idzie dużo dalej, niż prokuratura - i za to pan odpowie. To raz.

Od wielu miesięcy wymyśla pan tak niestworzone brednie i kłamstwa na mój temat, że nie sposób ich nawet komentować. A jednak w miarę spokojnie systematycznie odpowiadam panu na te pomyje zachowując całą korespondencję na proces z panem – na proces, bo to co pan robi, nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. To raczej bardzo nieudolne polowanie z nagonką, rozpaczliwa i pozbawiona jakiegokolwiek oparcia w faktach próba „amatorzyny” (...), który tylko udaje dziennikarza i który miota się, by znaleźć na mnie cokolwiek bądź, czym można by mi przyłożyć. A że niczego takiego nie ma, więc zbiera pan te popłuczyny, którymi „raczył” mnie pan w poprzednich mailach, od różnej maści łgarzy, albo też – co gorsza - wymyśla je pan sam w jakimś pijackim amoku. Tak czy inaczej – mówiąc szczerze kompletnie o to nie dbam i kompletnie mnie to nie obchodzi, skąd pan bierze te bzdury. Jest faktem, że w tych „pytaniach”, które są tak naprawdę wyssanymi z palca oskarżeniami, nie ma choćby grama prawdy. I nie ma pan i nigdy nie będzie miał na te wszystkie brednie, chory z nienawiści mały człowieczku, choćby namiastki dowodu, czego jestem pewien w stu procentach! Skąd wynika moja pewność? Otóż z jednego oczywistego powodu: rzeczy, które mi pan od wielu miesięcy insynuuje, zwyczajnie nigdy, przenigdy, milion razy nigdy nie miały miejsca! Nie istniały! Powstały tylko w pańskiej głowie lub w głowach podobnych do pana nieszczęśników! Kropka!

I dokładnie w tej samej konwencji utrzymane są kolejne pańskie insynuacje, „drogi” cynglu udający dziennikarza. Otóż, gdyby pan sprawdził, to dowiedziałby się, że „CBA Kamińskiego” nigdy mnie o nic nie oskarżyło (za te łgarstwa powielane na twisterze, które skrzętnie zapisuję – mam tego niezłą kupkę - odpowie pan na pewno), a nieudolną próbę przy pomocy tej służby sprokurowano rok po wyrzuceniu Mariusza Kamińskiego z CBA, gdy CBA już podlegało ABW. Prokuratorskie oskarżenie „w sprawie Techmexu”, czyli historia, w którą chciał mnie wrobić uroczy pułkownik Aleksander L. at consortes, dawno i to już prawomocnie zostało cofnięte przez sąd do prokuratury – żadnego procesu z moim udziałem tu nie ma, a tymczasem w pańskiej chorej wyobraźni ja już zostałem skazany w tej sprawie prawomocnym wyrokiem sądowym i rzekomo mam błagać przyszłego prezydenta pana Andrzeja Dudę

(apropos - jak tam nastrój po pierwszej turze wyborów pańskiego szefa Tomasza Lisa? Proszę mu ode mnie podziękować za fajny bon mot o dyskomforcie Bronisława Komorowskiego – przydał się.) o ułaskawienie.

(...)

Podobnie ma się sprawa z pańskimi insynuacjami odnośnie mojego, dla odmiany realnego, procesu. Przez pięć lat tej sprawy prokuratura nie przedstawiła nawet namiastki śladu dowodu mojej rzekomej winy (gdyby pan był prawdziwym dziennikarzem, a nie cynglem na posyłki, to by pan to sprawdził w sądzie – zachęcam panie Grzegorzu, niech pan raz w życiu spróbuje dziennikarskiej roboty) akt oskarżenia opiera się tylko na zeznaniach pułkownika Leszka Tobiasza, kłamcy i przestępcy, znajomego Bronisława Komorowskiego – a tymczasem pan już mnie skazał i to w dodatku prawomocnie, „troszcząc się” o to, czy aby będę prosił pana Andrzeja Dudę o ułaskawienie. Otóż oświadczam panu, że – znów – nigdy, przenigdy milion razy nigdy z nikim nie tylko nie rozmawiałem o żadnym ułaskawieniu i nie zawierałem z panem Andrzejem Duda żadnych układów (to pańskie pomówienie, to też będzie ciekawy wątek procesowy), ale nigdy nawet nie myślałem o jakimkolwiek ułaskawieniu, bo – pomijając nawet wszystko inne – wierzę, że przy braku jakichkolwiek dowodów mojej rzekomej winy zostanę uniewinniony z podłego oskarżenia przestępczych prokuratorów (proszę zapoznać się z werdyktem w ich sprawie sędziego Piotra Gąciarka z III wydziału karnego sądu rejonowego dla Warszawy Woli), a tylko ktoś pańskiego pokroju i o pańskiej inteligencji mógłby rozmawiać o sytuacji nieistniejącej i nie mającej żadnego odniesienia do rzeczywistości.

Jeśli zaś chodzi o książkę, to nie pisałem jej na wybory i nigdy, przenigdy, milion razy nigdy niczego w związku z jej wydaniem nie uzgadniałem z żadnym, ale to absolutnie żadnym, politykiem – proszę sprawdzić, że książkę tę zapowiadałem grubo ponad rok temu, gdy jeszcze w ogóle nie było wiadomo, kto będzie kandydował na prezydenta, a niektóre poruszane w niej bardzo istotne wątki dotyczące Bronisława Komorowskiego opisałem wstępnie już trzy lata temu w książce pt. „Z mocy bezprawia”. Tak więc i tym razem kolejne pańskie nikczemne insynuacje, to strzał kulą w płot.

Odpowiadam na pana kolejne insynuacje i oszczerstwa zawarte w ostatnim mailu:

Od nikogo, poza redakcjami, dla których pracowałem, nigdy nie otrzymywałem pieniędzy za moje teksty czy reportaże telewizyjne. Nigdy też nie dyskredytowałem pana premiera Olszewskiego ani pana Siemiątkowskiego. W tekście o panu premierze Olszewskim sprzed jedenastu lat chodziło o wyjaśnienie kwestii z akt zeznań Masy „Jarosława Sokołowskiego” i pan premier Olszewski, z którym od tamtej pory widziałem się wielokrotnie i z którym do dziś utrzymuje bardzo dobre relacje, nigdy za ów tekst nie miał do mnie pretensji. Co więcej, mówił mi, że doskonale rozumie, iż jako dziennikarz musiałem zawarte tam kwestie sprawdzić i że miałem pełne prawo do tego, by taki tekst powstał. Proszę sobie to sprawdzić, albo przyjść na moją rozprawę sądową, gdzie niebawem pan premier Olszewski będzie zeznawał i może razem pana premiera Jana Olszewskiego zapytamy, przy świadkach, co myśli o mnie, o moim tekście i o takich jak pan cynglach? To jak panie cynglu, podejmuje pan wyzwanie? Zapraszam – uzyska pan odpowiedź w mojej obecności wprost od pana premiera Jana Olszewskiego. Przyjdzie pan, czy tchórz pana obleciał?

Kolejne pytanie: nigdy nie pożyczałem od Leszka Misiaka pieniędzy, więc nie wiem, dlaczego miałbym oddawać coś, czego nie pożyczałem. W kwestii wsparcia od Bogdana Rymanowskiego – to, czy i jak Bogdan mnie wsparł w sytuacji, gdy po zaszczuciu przez WSI i ABW tonęliśmy z żona i dziećmi w długach, jest sprawą moją i Bogdana Rymanowskiego i wszelkiej maści cynglom nic do tego. Może się pan wreszcie zdecyduje: czy jestem hochsztaplerem bogaczem czy człowiekiem, który musiał zadłużać się, by ocalić rodzinę przed mieszkaniem pod mostem. Przeczy pan sam sobie, czy pan tego nie widzi?

Kolejna kwestia – Sylwestra Latkowskiego pierwszy raz w życiu spotkałem, gdy przyszedł na mój dziennikarski dyżur w roku 1998. Przyszedł, zapytał o dziennikarzy śledczych (w tamtym czasie w „Życiu” byli najlepsi, tworzyliśmy pierwszy w Polsce zespół dziennikarzy śledczych) , po czym sekretarka skierowała go do naszego kantorku, gdzie ja akurat miałem dyżur (było nas wtedy trzech, więc prawdopodobieństwo, że trafi do mnie, wynosiło ponad 30%, zwłaszcza że było lato i o ile pamiętam, jeden z kolegów był na urlopie. Twierdzenie, że przyszedł do mnie, jako do osoby zaufanej, jest zagrywką w stylu Tomasza Lisa vide córka Andrzeja Dudy – podłe łgarstwo i manipulacja, nic więcej. Po „spowiedzi” Latkowskiego odprowadziłem go do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, gdzie w mojej obecności zakuto go w kajdanki. Pisałem i mówiłem o tym wielokrotnie. Nigdy przed tym wydarzeniem go nie spotkałem, ani o nim nie słyszałem. Później rzeczywiście przez pewien czas wierzyłem, że to człowiek, który powstał z głębokiego upadku jakim jest więzienie, ale zawiodłem się na Sylwestrze, który, gdy rządził PiS, miał poglądy PiS, gdy władzę przejęła PO, twierdził, że był za czasów PiS prześladowany…Dziś Sylwestrowi dużo bliżej niż do mnie, jest do środowiska Gazety Wyborczej i tygodnika Polityka, zdaje się, że pozostaje w znakomitych relacjach z Wojciechem Czuchnowskim i Piotrem Pytlakowskim, więc to ich proszę pytać o relacje z Latkowskim, bo ja takowych relacji z Sylwestrem Latkowskim - żadnych relacji - od wielu lat nie mam. Nie znam treści więziennej korespondencji Sylwestra Latkowskiego.   

ABW nigdy nie przedstawiało mi nigdy żadnych warunków w żadnej sprawie. A już sugerowanie, że ci ludzie od Bondaryka, za czasów premiera Tuska, którzy szukali na mnie czegokolwiek bądź, by mnie zamknąć w więzieniu i zniszczyć (podobnie jak robisz to teraz ty, mała gnido!) chcieli, abym uniknął odpowiedzialności karnej, jest tak potwornym łgarstwem, że nie mam słów, by na to odpowiedzieć, bo przychodzą mi na myśl wyłącznie słowa nieparlamentarne. Nie miałem kolegów w WSI – miałem informatorów i ludzi, od których chciałem pozyskać wiedzę, rozegrać ich. I to się udało! Byłem pierwszym dziennikarzem, który m.in. w TVP  (program śledczy „30 minut” - trzy odcinki, a każdy miał półtora milionową widownię) pokazał, że WSI stworzyło układ przestępczy. I dlatego właśnie podjęto próbę zniszczenia mnie.

O kolejne pytanie – po prostu piękne. „Ponawiam pytanie: proszę powiedzieć jaka jest Pańska wiedza nt. okoliczności zamordowania płk. Tobiasza? Czy wyrok na niego wydali pańscy przyjaciele z WSI?”

No piękne… Tu to już odjechał pan po całości, panie Grzegorzu. Już pisałem, że nie miałem przyjaciół w WSI, tylko informatorów, to po pierwsze. I po drugie - znajomy prezydenta Komorowskiego, otoczony ochroną ABW, zamordowany przez moich „przyjaciół”? Czy pan do reszty zidiociał? Pułkownika Leszka Tobiasza zamordowano, bo wskazuje na to wiele przesłanek, ale w pewnym sensie „beneficjentem” tej śmierci był nie kto inny, tylko Bronisław Komorowski właśnie, którego zeznań nie można było zweryfikować w konfrontacji z Tobiaszem – przeczyli sobie wzajemnie. Ja byłem najbardziej zainteresowanym w tym, by do takiej konfrontacji doszło, którą śmierć Tobiasza uniemożliwiła! Jakim trzeba być kretynem, by wysuwać takie insynuacje?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Kolejna kwestia – Janusz Szum nigdy mi za nic nie płacił! Kropka!

Kolejna kwestia: znam twierdzenia współautora tekstu - przyjaciela mecenasa Romana Giertycha - którego to współautora do tej sprawy wziąłem niejako „na doczepkę”. Czas pokazał, że zupełnie niepotrzebnie, bo dziennikarz ten nic do sprawy nie wniósł, no a teraz się przechwala, że brał w niej udział. Ja napisałem i powiedziałem prawdę i tylko prawdę, co wielokrotnie potwierdził Stanisław Janecki, który ze mną jeździł po zdjęcia do kancelarii Ryszarda Kucińskiego – i jakiekolwiek twierdzenia, że było inaczej, niż napisałem, nie mają nic, ale to absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością. Kropka.

By uprzedzić pańskie kolejne rewelacje, mające zapewne tyle wspólnego z prawdą, co dotychczasowe insynuacje i łgarstwa lub może tyle, ile wspólnego z prawdą i elementarną uczciwością miało zachowanie pańskiego mistrza, Tomasza Lisa, we wczorajszym programie w kwestii córki Andrzeja Dudy, napiszę panu „na zapas”:

- nie zabiłem prezydenta Kennedy ego,

- nie współpracowałem z Bin Ladenem,

- nie przyczyniłem się do zamachu na World Trade Center,

- nie jestem i nigdy nie byłem pedofilem, ani zoofilem,

- nie korzystałem nigdy z usług prostytutek (bo ja jestem proszę szanownego pana cyngla, z tych dziwnych, co to mają jedną żonę przez całe życie i w dodatku są jej wierni – wyobraża pan sobie?)

- nie podpaliłem mostu na Trasie Łazienkowskiej

i nie odpowiadam za to, że ktoś kiedyś pana tak strasznie skrzywdził, iż teraz musi pan odreagowywać wypisując takie pierdoły, za pisanie których – nie mam w tym względzie żadnych wątpliwości – spotkamy się w sadzie w trybie karnym i cywilnym! Do zobaczenia zatem.

Z wyrazami współczucia i bez wyrazów śladowego nawet szacunku –

Wojciech Sumliński PS

Na ewentualne kolejne pytania odpowiem za trzy dni, zaś swoja porcję pytań do pana wyśle jutro lub pojutrze.”

Dlaczego Szanownym Czytelnikom zawracam w ogóle głowę „takim czymś”, nad czym tak na zdrowy rozum pewnie szkoda się nawet pochylać? Ponieważ, w moim przekonaniu, ta sytuacja doskonale ilustruje większą całość i stanowi kwintesencję mechanizmu niszczenia wielu ludzi w III RP, opartego o zasadę wyłuszczoną mi przed laty przez oficera Centralnego Biura Śledczego, gdy rozpoczynałem badanie „niebezpiecznych związków” Bronisława Komorowskiego zaznajamiając się z działalnością Fundacji „Pro civili”:

„Teraz nie możesz już się wycofać, za dużo wiesz i jesteś dla nich zagrożeniem. Zabiliby cię, ale jest od tobie zbyt głośno i taka śmierć skupiłaby uwagę na sprawie. Dlatego będą podważać twoją wiarygodność. Robili to już wcześniej wiele razy, ale teraz nie możesz już się zatrzymać.

Ludzie chcą znać prawdę, a prawda jest po twojej stronie.”

   Miałem być przestępcą – nie udało się im, do dziś nie ma żadnego wyroku żadnego sądu, ani prawomocnego ani nieprawomocnego, który by mnie na cokolwiek za cokolwiek skazał.

Miałem być szaleńcem – nie udało się im, mam wszystkie możliwe świadectwa, że jestem człowiekiem w stu procentach zdrowym.

Miałem wreszcie umrzeć, ale nie umarłem, wstałem z kolan i podjąłem walkę o prawdę.

I dziś już wiem na pewno: nic więcej ponad to, co mi tzw. „dziennikarze” dotąd zrobili, nie mogą mi już zrobić.

Mam zatem dla was, cyngle, wiadomość: powstałem z kolan i już się nie zatrzymam, a wami gardzę wami i już się was nie boję! Bo jest taka granica, po której się spokój zaczyna.

Do zobaczenia w wolnej Polsce!

Wojciech Sumliński